Zaczynam się ogromnie wstydzić tej chwilowej słabości. Ostatnie ślady rozrzewnienia znikają zupełnie. Już nie rozmawiam ze sobą, tylko myślę jednolicie. Mój płacz wydaje mi się rzeczą tak dziecinną, tak bezsensowną, wprost śmieszną, że nie wiem, co zrobić, co powiedzieć, żeby zatrzeć w ich umysłach pamięć o tej kompromitującej mnie scenie. Nigdy, nigdy nie uczuwałem takiego wstydu.
Nastąpiła gwałtowna reakcja.
Zły, rozirytowany, podrażniony, odwróciłem się twarzą do ściany, pozostawiając ich samym sobie. Niech sobie myślą, co chcą, choćby to, że konam. Nawet lepiej, żeby tak myśleli — przynajmniej to mnie usprawiedliwi.
I tak przeleżałem do samego wieczora, nie odzywając się ani słowa. Co oni robili? — nie wiem. Zosia, słyszałem, że płakała. Wreszcie zaczęli się naradzać, kto ma iść po Starzeckiego. Poszła w końcu Zosia, ale, nie zastawszy go, wróciła wkrótce. Raz po raz podchodzili do mnie na palcach, patrząc, co robię — alem ja ciągle udawał, że śpię. W końcu zasnąłem rzeczywiście. W czasie mego snu musiał być Starzecki, bo mam nowe jakieś lekarstwo, które już w nocy zażywać musiałem.
Dziś udaję, że nic nie pamiętam, oni też nic o tym nie mówią. Jesteśmy wszyscy jak po czyimś pogrzebie. Nawet mówimy przyciszonym głosem.
Żeby oni wiedzieli, żeby oni wiedzieli, co za odkrycie im zawdzięczam! Ja nie wiem, czy to prawda, nie wiem, czy warto myśleć o tym, ale muszę już myśleć.
Rzucili mi w mózg to nasienie śmierci i ja czuję, jak ono, pomimo ciągłych zagłuszań, coraz bardziej urasta. Od wczorajszego dnia śmierć wisi nade mną, sen mi spędza z powiek, jest moją zmorą i ciągłym udręczeniem.
Każda myśl się od niej zaczyna, każda się na niej kończy — wokoło czuję śmierć, śmierć i tylko śmierć.
12 marca
Ładną jeremiadę palnąłem sobie wczoraj, nie ma co mówić! Że też ja mogłem choćby kilka godzin o takich głupstwach myśleć! Wreszcie nic dziwnego, po nieprzespanej nocy, po takim rozkosznym pozawczorajszym dniu, można się było choćby powiesić z melancholii, a cóż dopiero o śmierci majaczyć!