Aż przykro pomyśleć, że taka rzecz jak bezsenność może podobne brewerie z człowiekiem wyprawiać.

Poczciwy, kochany doktor, najwięcej wpłynął na moje uspokojenie. Kiedym mu wspomniał o swych czarnych przypuszczeniach (a umyślnie przesadziłem nieco), roześmiał się ze mnie tak serdecznie, tak szczerze, żem go o mało nie uściskał za to. Jak on się sympatycznie śmieje! Coś do tego stopnia dziecięco-naiwnego słychać w tym uśmiechu, że nie można mu nie wierzyć. Toteż i wierzę, wierzę, i nie mam najmniejszego zamiaru dawać się wywodzić w pole.

13 marca

Najszaleńsze pomysły przychodzą mi do głowy. Machina mózgu pracuje tak, że czuję niemal swoje myśli. Chwilami dochodzę do obłędu. W położeniu moim zaszła tak raptowna zmiana, że jestem wykolejony ze zwykłych dróg myślenia.

Tak — naturalnie, ja jestem chory, chory poważnie, ciężko, może nawet niebezpiecznie. Tak... naturalnie, muszę to przyznać, no... ale...

Przede wszystkim co to za choroba? Rozumiem tyfus, dyfteryt, zapalenie mózgu — to są choroby, od których i umrzeć można. Ale ja na żadną z nich nie cierpię, prócz bólu w piersiach nie uczuwam prawie żadnych cierpień, a mimo to wciąż tracę siły, w oczach gasnę. Boże mój, jak ja wyglądam! Szkielet powleczony skórą, nic więcej.

Jest jakaś dziwaczna choroba, nosząca nazwę konsumpcji — czyżby to ta właśnie być miała?

Niedołęga Starzecki nic mi w tym względzie powiedzieć nie umie czy nie chce. Od trzech tygodni słyszę wciąż jedno zapewnienie, że „rekonwalescencja” następuje strasznie powoli, że był za wielki ubytek sił, że jednak niebezpieczeństwo już minęło (a więc było!) — itd., itd. Najgłupsze w świecie frazesy, bez żadnej treści, w dodatku kłamliwe. Wmawiają we mnie, jak w dziecko, że jestem już na drodze do zupełnego wyzdrowienia, a ja tymczasem dogorywam powoli.

Tak dłużej trwać nie może — muszę na koniec wiedzieć całą prawdę. Jeżeli to rzeczywiście ma się śmiercią zakończyć, niechże wiem przynajmniej, że umieram. Ha... ha... ha!... to chyba rzecz całą zmienia cokolwiek. Jest przecież jakaś różnica między „mam żyć” a „mam umrzeć”! Nie jestem pluskwą, którą można bez powiedzenia „pardon21” lada pantoflem na tamten świat wyprawić.

Głowa moja wysnuwa najfantastyczniejsze projekty, a wszystkie zmierzają do jednego tylko celu: raz skończyć to wszystko, raz już na koniec wiedzieć całą prawdę. O Starzeckim nawet nie myślę; nie wierzę ani jednemu jego słowu. Wezwę jakiegokolwiek doktora, wymyślę pierwszą lepszą bajkę i wydobędę wreszcie to, co wiedzieć pragnę. O, stanie mi sił22 do wysłuchania choćby wyroku śmierci.