Minąłem się z powołaniem; powinien bym zostać aktorem.

14 marca

Suchoty? Kto mi powiedział, że ja mam suchoty? Nikt.

A jednak, dlaczego myśl ta prześladuje mnie od wczoraj? Dlaczego ani chwili spokoju już zaznać nie mogę?

Ta przewlekła choroba wysubtelniła wszystkie moje zmysły i wydelikatniła nerwy. Chwytam takie drobiazgowe szczegóły, na jakie dawniej nie zwracałem najmniejszej uwagi. Teraz każde wrażenie rośnie, potęguje się, ogarnia coraz większe obszary, aż wreszcie pochłania mnie w zupełności. Następuje nieskończony szereg dociekań i tłumaczeń, póki z lada błahostki nie utworzy się idea prześladowcza.

Tak było i wczoraj. Piliśmy sobie najspokojniej herbatę, rozmawiając dosyć swobodnie. Stach, jak zwykle, siedział tuż przy moim łóżku, przed stolikiem przystawionym do poduszek. Całe światło lampy padało mu wprost na twarz, nie uszło zatem mej uwagi najmniejsze drgnięcie jego rysów. A ja lubię obserwować tę jego prostą i jasną twarz, na której każda myśl maluje się z wyrazistością rzeźby. Czytam w jego rysach, bo ta szczera do gruntu dusza niezdolna jest do żadnej obłudy, choćby płynącej z najszlachetniejszych pobudek. Czytałem tak i wczoraj — no i doczytałem się.

Nie wiem, skąd mi przyszła myśl, żeby on dopił za mnie resztę herbaty, jaka się została w szklance. Nieszczęście chciało, żem mu jednocześnie w twarz patrzał. Dostrzegłem na niej jakieś zakłopotanie. To mnie zastanowiło. Zacząłem nastawać, prosić, przekonywać — wszystko na nic. Stach łagodnie, ale stanowczo odmawiał. Dziwiło mnie to coraz więcej. Wiem, że namiętnie lubi herbatę, wypijał nieraz po pięć szklanek za jednym posiedzeniem, a wczoraj byliśmy dopiero po drugiej. Lekki cień jakiegoś nieokreślonego podejrzenia przemknął mi przez głowę. Tym bardziej uparłem się. Stach mienił się cały, to bladł, to czerwieniał, musiał jednak w końcu ustąpić. Nazwał mnie dziwadłem, upartym diabelcem, dzieciakiem, którego wszystkie kaprysy on musi znosić, ale wreszcie zaczął pić łyżeczkę po łyżeczce. Widziałem cały wysiłek, jaki sobie zadawał, herbata po prostu nie szła mu do gardła — a pił ciągle powoli, z kilkuminutowymi przestankami między jedną łyżeczką a drugą.

Zachcianka moja była spełniona. Uspokoiłem się od razu. Znużony, opuściłem się na poduszki, odwracając się twarzą do ściany. Na przeciwległej ścianie zarysowywał się wyraźnie cień Stacha. Bezmyślnie utkwiłem wzrok w ten cień, apatycznie studiując wszystkie jego ruchy.

Tak przeszło z 10 minut.

Naraz cień jego głowy zarysował się zupełnym profilem w moją stronę. Patrzał na mnie. Studiowałem coraz uważniej. Znów jakieś przeczucie podejrzenia przemknęło mi przez głowę. A on patrzył długo, badawczo, jakby chcąc się przekonać, co robię. Potem ręka jego cichutko, bez najmniejszego szelestu, podniosła szklankę z tą moją nieszczęsną herbatą. Cień, jak zwierciadło, odbijał wszystkie jego poruszenia. Profil ciągle był ku mnie zwrócony.