Znów przeszło sekund kilka.
Ten jego wzrok, na mnie skierowany, paraliżował mnie i tchu pozbawiał. Nie mogłem już oderwać oczu od ściany.
Naraz prawa ręka cienia znów się poruszyła, zatrzymała ćwierć sekundy i... cała zawartość szklanki znalazła się na tacce od samowara.
W jednej chwili siedziałem na łóżku.
Pomieszany, zestraszony wzrok Stacha był dostateczną ilustracją tego, co zaszło.
Myśli formalnie skakały mi po głowie: „Mam suchoty... tak, mam suchoty, a on się boi zarazić”. Ta myśl w przeciągu sekundy opanowała mi umysł. Drżałem cały. Stach osłupiał do reszty.
— Co tobie?... co tobie?
— Nic. A gdzie moja herbata? A, prawda, wypiłeś. Prawda, prawda... przecież widziałem twój cień na ścianie. Jak ty zabawnie herbatę pijesz! Widziałem na ścianie... Podniosłeś tak komicznie rękę do góry, do ust, potem przechyliłeś głowę w tył, ot tak... ot tak... widzisz?... a potem chlust... i wszystko ci od razu wpadło do gardła. Zupełnie jakbyś gardło płukał... doprawdy... doprawdy...
Stach zgłupiał formalnie. Sam nie wiedział, czy mi wierzyć, czy nie. Alem ja tak obrazowo przedstawiał jego mniemane ruchy, tak się wykrzywiałem i gestykulowałem, że można by było nie wiem kogo w błąd wprowadzić. Jakaś dziwna żądza pastwienia się nad nim, dokuczenia, zemsty, owładnęła mnie całkowicie. Chciałem go zamęczyć niepewnością. Zacząłem szybko, nerwowo mówić ciągle o jednym, ciągle o herbacie, co chwila zmieniając sens. Tom go zapewniał, żem widział szklankę u jego ust, to znów skierowywałem oczy na tackę, po której pływała moja herbata.
Stach nie wiedział, co mówić, co robić. Raz się uśmiechał z moich gestów, próbując mi wierzyć — to znów czerwieniał cały i mieszał się za lada słówkiem, przeze mnie umyślnie wtrącanym.