Nie żałowałem go nic, bom sam cierpiał strasznie.

Gadałem ciągle, jak maszyna, bez tchu niemal, instynktownie szukając w tym środka na usunięcie jakiegoś ciosu, który, czułem, tuż tuż zawisł nade mną.

Z niego nie spuszczałem oka. Pot mu na czoło występował.

On się męczył!... a ja? a ja?...

Wreszcie dość już miałem. Rzuciłem się na poduszki, sam do ostatka wyczerpany. Nie studiowałem już cienia, nie myślałem o herbacie i Stachu; nowa idea wdarła mi się w mózg i trzeba ją było przetrawiać.

Przetrawiałem ją cały wieczór, noc, dziś dzień cały i jeszcze się z nią oswoić nie mogę.

Więc to tylko suchoty? tylko suchoty? i nic, nic więcej? No, proszę, jak mało!...

Ee... eh...

15 marca

Suchoty! Suchoty! Oto wyraz, o którym myślę od dwóch dni ciągle, bez ustanku, bez wytchnienia.