No, ale skądże znów we mnie taka nieubłagana pewność, że to rzeczywiście suchoty? A może to nieprawda jeszcze? A może i cała scena z herbatą to także nieprawda? Może mi się tak tylko zdawało albo też śniło w gorączce? Bo mnie się nawet dnie teraz plączą... A wreszcie, choćby to i prawdą było — czyż więc dlatego, że Stach, przesadzający, jak zwykle, boi się zarażenia — ma to być już koniecznie dowodem, że ja mam suchoty?
A jednak nie mam już chwili spokoju. Niepewność mnie dobija, w mózgu chaos, cała dusza w gorączce, w wyczekiwaniu. Być albo nie być.
Nie mogę tak spokojnie, z zimną krwią wyczekiwać przyszłości. Brak mi już siły po temu...
Raz przeciąć to wszystko... niechże wiem, że umieram i z czego umieram!
Bo może...
Jutro — nie — dziś napiszę jeszcze do Łopackiego. On specjalista od chorób piersiowych, potrafi najlepiej wyjaśnić wszystko. A że wyjaśni, w tym już moja głowa. Bajka już gotowa — godzina komedii i męczarni — i wreszcie wszystko się zakończy.
Siły tylko, ach, siły... odrobinę... okruch jaki!
16 marca
Coraz mniej pozostawiają mnie samym. Stach ani się ruszy z pokoju do południa. Zosia przesiaduje południowe godziny, potem złażą się jacyś koledzy z końca świata, których nie bardzo znam nawet. Wszystko to rozrządza się u mnie jak we własnym domu, gospodaruje, kręci po pokoju — ciągły zamęt, chaos, chwili jednej spokoju nie ma. Każdy poczuwa się w prawie rządzenia mną jak starym pantoflem, wszystko na karb choroby składając. To mi papierosy chowają, to befsztyki w gardło wtykają: jestem dzieciakiem na dziesięciu paskach wodzonym. Aż mnie coś korci nieraz wyprawić ich do wszystkich diabłów. Myśli porządnie zebrać nie sposób. To Stach mi tego kramu narobił: boi się, żebym mu nie zmarł przypadkiem nagle.
Ach, jacy oni wszyscy brutalni, ordynaryjni! Zdają się patrzeć tylko, kiedy wydam ostatnie tchnienie, jakby się po mnie sukcesji jakich spodziewali...