Ano, zobaczymy jeszcze, jak to będzie.

W tych dniach musi się rozstrzygnąć wszystko. List do Łopackiego już napisany, nie mam go tylko przez kogo posłać. Chcę wszystko do czasu w tajemnicy zachować, żeby sobie oszczędzić wszelkich perswazji i naiwnych pocieszań. Zosia mi to chyba załatwi. Wreszcie największa trudność w określeniu dnia i godziny, w której mógłbym tę wizytę przyjąć. Chcę być sam, niekontrolowany przez nikogo. Niestety, moje opiekuńcze anioły nie opuszczają mnie ani na chwilę. Znów trzeba będzie podstępną grę prowadzić.

Boże! Jakże mnie już to wszystko męczy!

17 marca

List do Łopackiego leży jeszcze niewysłany. Im bardziej zbliża się chwila ostatecznego rozwiązania, tym większy lęk jakiś chwyta mnie za gardło. Boję się, lękam... trwożę... Co będzie?...

Nie samej śmierci się boję... nie — tylko usłyszenia tego wyroku śmierci, tylko tego zabicia wszelkich złudzeń, jakie może nastąpić — tego się boję... Niepewność mnie zabija, a jednak czy jutro ta niepewność nie wyda mi się szczęściem niesłychanym wobec owej pewności?

Wreszcie jestem zanadto chory, bezsilny. A tu przede wszystkim siły, siły potrzeba. Po południu gorączka podnieca mnie trochę, ale ranki są powolnym dogorywaniem.

Czemuż ta śmierć nie przyjdzie nagle, znienacka? — Na co te przedwstępne męczarnie? Czyż i tak nie dosyć, że mam umrzeć? Po cóż to pastwienie się ślepych sił natury?

Brednie piszę, brednie... W głowie chaos, gdzieś lecę, zapadam, mrok coraz większy dokoła duszy... Sił... życia... światła!...

18 marca, rano