Jestem rozbity, złamany, bezsilny. Choroba robi straszne postępy. Cierpień prawie żadnych — tylko obezwładnienie, apatia i senność. Dnie całe leżę nieruchomo, z oczyma w sufit albo w ścianę utkwionymi, nie mówiąc nic, prawie nie myśląc. A tu godziny, dnie, tygodnie przechodzą, i tak dążę gdzieś, do jakiegoś nieznanego celu. Co będzie?
List jeszcze niewysłany. Nie mam sił myśleć o tym, a tym bardziej wykonać. Wczoraj trzy razy zaczynałem mówić o tym z Zosią i trzy razy zabrakło mi odwagi. Rozprzęgło się we mnie wszystko. Bywają już takie chwile, że mówię: „a niech tam” — w sekundę potem zimny pot oblewa mi twarz. I tak szarpię się w niepewności, a życie wypływa ze mnie powoli.
Otom jest chory, bezsilny, bezbronny.
A niech tam!
Południe
List wysłany. Ani Zosia, która list ma oddać posłańcowi, ani Stach, ani nikt nie domyślają się niczego. Całe popołudnie będę sam. Gorączka i koniak działa; jestem zdrowszy, nie boję się zupełnie — tak — zupełnie się nie boję. Naturalnie! — Wreszcie jestem na wszystko przygotowany; no, niech tam! Odzyskuję pewność siebie i panowanie nad własnymi nerwami.
Trzy ruble przygotowane. Może za mało? No, nie mam więcej: Zosia oddała mi wszystko, co do grosza. Biedna ona! Kiedy ja jej to wszystko oddam?
Opracowuję w myśli każdy szczegół przyszłej rozmowy z Łopackim. Uczę się jak aktor przed występem na wielkiej scenie. Mówię sam do siebie głośno, próbuję głosu, gimnastykuję muskuły twarzy, chcąc je uczynić posłusznymi rozkazom woli, choćby w mózgu szalały burze.
Jestem jak pijany. Coś mnie podnieca i siły dodaje.
Nie ugnę się: czuję dawno niebywały przypływ energii i stanowczości. Wreszcie kości rzucone i za godzin kilka stawka, na którą położyłem życie, rozegra się!