A niech tam!
Piąta! Jego jeszcze nie ma! Męczę się.
Może nie przyjdzie? Powinien. List był tak napisany, że bezwarunkowo powinien.
Ach, żeby prędzej, żeby prędzej! Już niech się to raz skończy wszystko. Doprawdy — ja już sił nie mam.
Ale co będzie? Co będzie? Co on powie?
Wszystko jedno zresztą. Choćby i suchoty, zawszeć przecie z rok pożyję jeszcze. W pierwszych dniach wiosny wyjadę na wieś, rzucę papierosy, będę pił mleko garncami, i to gotowane, koniecznie gotowane — a potem może i gdzie na południe będzie można wyjechać na zimę. Powietrze, swoboda, lazur południa — cuda sprawiają. Aby podtrzymać życie. A potem... No, to się zobaczy.
Hm... a jeżeli to nie są suchoty?...
Tylko czy on uwierzy tej bajce? Czy nie zanadto przeholowałem z tymi trzema tygodniami? Będzie się śmiał... A niech się śmieje, i owszem. Wszystko pójdzie na konto Starzeckiego. A... niedołęga!...
Z trudem myśli zebrać mogę. Wszystko wiruje przede mną; boję się zemdlenia.