W przekonaniach więc naszych nie ma żadnej zgody. Ale kto wie, czy i w usposobieniach naszych nie ma większej różnicy. Ja jestem straszny fantastyk. Wiem o tym; ale cóż mi z tego, że wiem, kiedy to nie zdoła powstrzymać w niczym moich wybryków. Czy to choroba już taka, czy zbytnia wrażliwość nerwów, licho tam wie — dość, że jestem nieraz wprost nieznośny. Przychodzą na mnie takie chwile rozdrażnienia jakiegoś, że umyślnie, świadomie, staram się wkoło siebie robić piekło. A że mieszkamy razem, on więc jest jedyną istotą, na którą mogę wyładować cały zapas złośliwości i sarkazmu. Cóż dziwnego, że mnie nieraz na czym świat stoi przeklina? Nazywa mnie babą, histeryczką, idiotą, hipochondrykiem, roznerwowanym czortem i licho tam jeszcze wie jak — ale to, niestety, nic a nic nie pomaga. Dawniej próbował w takich chwilach kłócić się ze mną i wymyślać; teraz jednak, jeśli mu nie zanadto dokuczę, nie odzywa się nic, tylko flegmatycznie słucha, albo się zabiera do czytania. Ja sam wiem o tym najlepiej, jakie ze mnie ziółko, i dlatego też nieraz staram się wszelkimi sposobami wynagrodzić mu te zatrute chwile. Jestem wtedy, doprawdy, ogromnie dobry. Stach tylko czeka takiej chwili. Kładziemy się wówczas obydwaj na łóżku — bo to dla nas najdogodniejsze locum z całego mieszkania — i długo, długo w noc rozmawiamy, marząc o przyszłości, rozważając sprawy ludzkości całej i społeczeństwa. On marzy jakoś realniej, prawdopodobniej — ja się zatapiam w jakieś rojenia mistyczno-idealne, niemożliwe do urzeczywistnienia. Ale dobrze nam tak razem i poczciwe, choć ułudne, mamy myśli. Tak nam noc nieraz do brzasku schodzi — i tak zasypiamy w ubraniu, ja zwykle z głową o jego piersi opartą.

Kiedym się pytał raz Stacha, dlaczego, pomimo mojego nieznośnego usposobienia, nie stara się zerwać ze mną stosunków, on mi odpowiedział że właśnie dla tych bezsennych nocy, strawionych na marzeniach. One mu wynagradzają wszystko. A i ja je kocham, te nasze noce romantyczne.

Od czasu do czasu gniewamy się na siebie po kilka dni nieraz. Naturalnie wina zawsze leży po mojej stronie: przyznaję się do tego bez żadnych zastrzeżeń. Utarczka najczęściej zaczyna się wieczorem. Wracam zły z lekcji, zmordowany, rozdrażniony, przygnębiony do reszty niepogodą. Byle błahostka wywołuje prawdziwy atak. Ot, choćby klucza zapomniałem i muszę czekać kilka minut w sieni, póki Stach nie nadejdzie. Wina, naturalnie, tylko moja — ale właśnie, że moja, właśnie, że do nikogo nic mogę mieć o to pretensji, wywołuje już to we mnie wzburzenie. Szukam zaczepki i heca gotowa. Stach ogromnie zagniewany; ja się uspokajam w końcu, ale najczęściej za późno, kiedym mu już porządnie dojechał. Kładziemy się spać, nie mówiąc sobie dobranoc. Rano Stach już żałuje swojej porywczości i szuka zaczepki do pojednania; to znowu ja mam do niego pretensję, że się mógł na mnie gniewać. Znów schodzi wieczór w milczeniu. Ale już na trzeci dzień strasznie nam jakoś głupio się robi. Ja nie zacznę nigdy pierwszy, Stach wie o tym i dlatego z góry już obmyśla sposoby pojednania. Ja już go znam tak dobrze, tak potrafiłem wystudiować tę niebogatą zresztą w objawach naturę, że z miny jego, z gestów, domyślam się, czego chce lub co ma powiedzieć.

Chodzi zwykle w takich razach z kwadrans po pokoju, paląc papierosa, z ukosa spoglądając na mnie, jakby się prosząc, żebym się domyślił jego zamiarów i ułatwił zadanie.

Ale ja udaję, że nic nie widzę. Wtedy on podchodzi, bierze mnie rękoma za głowę, wykręca do swej twarzy i mówi:

— No, słuchaj Józik, nie bądź głupim... co tam... jesteś rozgrymaszony dzieciak; ja źle robię, że się unoszę... co tam... daj pyska.

Dajemy sobie pyska i gniew skończony. Ja się bardzo rozczulam, przyznaję do winy — i znów nam wieczór i noc na marzeniach schodzi. A on to ogromnie lubi. Nieraz w nocy, kiedy nas bezsenność tłucze, on przychodzi do mego łóżka, na pogawędkę niby, ale w istocie żeby pomarzyć trochę. Nie zawsze jestem w usposobieniu do tego i zaczynam wtedy drwić z jego romantycznych zachcianek. A on się tego boi, boi się i wstydzi zarazem. Jest zawsze trzeźwy bardzo i chce za takiego uchodzić; jedne tylko te bezsenne noce są plamą na jego rozsądnym życiu, jak je sam nazywa. Gdym go się raz pytał, jak on może pogodzić tę trzeźwość życia z romantycznymi zachciankami, odpowiedział tylko:

— Ja wiem, ja wiem, że to strasznie głupio; cóż chcesz... to już widać w naturze mojej leży: trudno mi się jeszcze pozbyć wszystkich nabytków przeszłości. Ale ja czuję, że to głupio, i będę się starał odzwyczaić.

Tego odzwyczajenia się nie bardzo dostrzegam jakoś. Przeciwnie chyba... On ma wszelkie warunki do zostania reformatorem jakim, jego porywająca nieraz wymowa, zapał i wiara w to, co mówi, zjednywają mu wielu stronników. Przez kolegów jest nadzwyczajnie cenionym i uchodzi wśród nich za tęgą głowę. Jeden ja nie ulegam mu zupełnie i, o dziwo, dostrzegłem już dawno, że on się mnie jakby boi. W naszym stosunku nie on, lecz ja jestem panem. Jego najwznioślejsze wyrazy obijają się nieraz o mój upór; wygaduje na mnie głupstwa, złości się, ale zawsze moje jest na wierzchu. Nie mówię tu naturalnie o sferze przekonań — gdyż tak daleko wpływ mój nie sięga, i nawet w głębi duszy przyznaję, że nie chciałbym go pozbawić tych dogmatów, w jakie tak ślepo uwierzył — ale w sferze czynów, codziennych spraw i objawów życia, ja zawsze nim powoduję.

Mówiłem już, że on mnie wyłącza z całego świata i pozwala być takim, jakim jestem. Widzę to doskonale, że on mnie uważa jakby za dziecko, choć cudackie i fantastyczne, ale w gruncie niezłe, i patrzy na mnie jak na istotę jakąś zupełnie wyjątkową, do której w żaden sposób nie można by i nie należy stosować ogólnych praw życia. Powiem wprost, jestem dla niego takim samym bożkiem, jak i dla Zosi. Poczuwa się do obowiązku opiekowania się mną i pielęgnowania, jakbym był jego synem i ojcem zarazem. Ja wiem o tym dobrze i nadużywam też często jego przywiązania. A i o tym wiem także, że mu niezmiernie chodzi o mój szacunek dla niego i że pierwszą jego myślą po każdym postępku jest: co ja na to powiem. Zresztą wywdzięczam mu się tym samym, bo także się zawsze liczę z jego zdaniem; tylko, co prawda, dużo też liczę na jego wyrozumiałość, czasem aż nadto, zawsze pewien dobrego przyjęcia.