Takeśmy się już zżyli z sobą, że mimo woli, układając projekty życiowe, opieramy je na jednym, niezmiennym warunku — że zawsze mamy być razem. Teraz, dalibóg, nie wiem, czy ja pierwszy, czy on rzucił projekt wyjazdu za granicę po skończeniu uniwersytetu. Zresztą wszystko jedno. To wiem, że mamy wyjechać, a dokąd właściwie i po co, to już sprawa albo jego przekonań, albo mego widzimisię. Tak czy owak, jedziemy, bośmy sobie poprzysięgli celować bardzo wysoko. On już ma cel, idzie do niego wytrwale; ja może też we włóczędze życiowej wynajdę sobie cel jaki, i tak będziemy się piąć obydwaj.

Czy dojdziemy i dokąd dojdziemy — któż wie? On nie wątpi, ja mam tylko jakieś instynktowne poczucie, że iść trzeba — i pójdę — a los nam koniec pokaże.

Ach, życie, życie! — co ono z nas porobi? Tak by się teraz chciało podnieść rąbek tej zasłony, co nam przyszłe lata zasłania, żeby choć tyle ujrzeć, aby się przekonać, czy ta praca teraźniejsza jakiś owoc wyda. Doświadczenie uczy, że żadna chwila życia nie jest zupełnym ziszczeniem pokładanych w niej nadziei. Staramy się niby korzystać z doświadczenia, kurczymy się i ograniczamy w rojeniach, zdaje się, żeśmy już zniżyli do minimum skalę pragnień i ideałów, a jednak... życie nie ziszcza i tej drobnej cząsteczki.

29 lutego

Kuracja siłą woli zakończyła się fatalną klapą. Pozawczoraj13 zemdlałem na krześle i widocznie upadłem, bom się znalazł po ocknieniu na podłodze. Dziw wielki, żem głowy nie rozbił. Na szczęście, nikt nie widział, bom, jak zwykle, był sam: inaczej byłby mi Stach nową awanturę wyprawił.

Widocznie zaszkodziło mi długie pisanie. Rzeczywiście przesadziłem troszkę: pisałem ze trzy godziny, w zapale nie czując zmęczenia. Potem wziąłem jakąś książkę, chcąc koniecznie wytrwać do końca na krześle. Ale już w czasie czytania czułem, że mi się w głowie coś dziwnego wyrabia. Litery skakały mi przed oczami, wykręcały się jak węże — i, pomimo wysiłków, nic dojrzeć nie mogłem. Potem przed oczami rozparła się jakaś czarność, w głowie szum straszny, jakby kto trzepał dywany; sufit pokrył się cały świecącymi plamami, które, rozpryskując się na wszystkie strony, zasypały cały pokój jakby paciorkami stalowymi — i już nie czułem nic więcej.

Ledwiem się potem przyczołgał do łóżka, zły strasznie na siebie za swą bezsilność. Wczoraj musiałem cały dzień leżeć w łóżku, a Stach i Zosia nie odstępowali mnie ani na chwilę, korzystając z niedzieli. Trochę mi to było nie na rękę, bom nie miał humoru, a poczuwałem się do obowiązku podtrzymywania rozmowy. Co prawda, niewiele się potrzebowałem wysilać, bo oni zawsze mają wiele do mówienia z sobą.

Albo ja się nie znam na niczym, albo ta para kocha się wzajemnie, niewiele sobie z tego zdając sprawy. Co do Stacha, jestem tego pewny — co do Zosi — więcej niż przypuszczam.

Ano, znają się od lat pięciu, to chyba było dość czasu nawet na zakochanie. Pamiętam, byliśmy obydwaj jeszcze w siódmej klasie, kiedym go po raz pierwszy do domu ciotki wprowadził. Zosia była wtedy strasznym jeszcze smykiem. Nikomu ani się śniło uważać ją za coś więcej, jak za dziecko. Dopiero Stach, nie wiem, czy przez brak obycia się z tego rodzaju istotkami, czy też z wrodzonej mu powagi, zaczął ją traktować jak dorosłą pannę. Naturalnie nie mogło być jeszcze mowy o jakichś głębszych uczuciach. Lubili się tylko bardzo — Stach ją, jako moją siostrę — ona jego, jako mego przyjaciela. W ten sposób przeze mnie nawiązała się ta niteczka wzajemnej sympatii. Lata szły, stosunki nasze zacieśniały się coraz bardziej, a więc i z tej sympatii musiało się coś wykluć, zwłaszcza, że domatorskie więcej usposobienie Stacha, jego niechęć do wszelkich nowych znajomości, nie dawały mu sposobności zawiązywania innych stosunków. Mogę niemal powiedzieć, że ją zna pierwszą i ostatnią. A Zosia? To biedactwo jeszcze bardziej odcięte od świata. Zmuszona teraz mieszkać sama, przy obcych ludziach, tym więcej nudzić się musi i tęsknić za czymś. On jeden ze mną bywa u niej, widują się po kilka razy na tydzień, a już w niedzielę każdą bezwarunkowo, kiedy do niej chodzimy posłuchać muzyki — to i nic zadziwiającego, że go pokochać musiała. Ona sama jeszcze o tym nie wie i ręczę, że się nad tym nie zastanawiała ani razu, ale bezwiednie lgnie do niego i nawet się z tym nie kryje, że za nim tęskni.

Nie jest to żadna miłość gwałtowna, namiętna, z wybuchami. Płynie ona u nich tak spokojnie, tak miarowo, że się jej nawet nie domyślają oboje. Ja nie tak kochałem... Ale...