Stach jej wyjaśnia swoje teorie społeczne, starając się ją nawrócić na swoją wiarę. Ona go słucha z namaszczeniem wielkim, naturalnie niewiele rozumiejąc, co mogę wywnioskować z jej strasznie naiwnych odpowiedzi. Śmiejemy się z tego często, a Stachowi to się niezmiernie podoba. Sądzę, że gdyby jej kiedy przez noc garb wyrósł na plecach, także by go nim zachwycić zdołała.
Zosia się wstydzi trochę swego nieuctwa, i kiedy zostajemy sam na sam, prosi mnie zawsze o wyjaśnienie rozmaitych ciemnych dla niej wyrażeń Stacha. Pozawczoraj pytała mnie, co znaczy indeterminizm. Ona go uważa za tak strasznie mądrego, że już mędrszym od niego tylko ja być mogę, nikt więcej w świecie.
Czasem zrzędzę na Stacha, że jej głupstwami nabija niepotrzebnie głowę, ale ona go broni, utrzymując, że ją wszystko bardzo a bardzo zajmuje. Biedactwo na swój sposób pragnie mu się przypodobać; tylko on nie bardzo się potrafi poznać na tym. Muzykę niby lubi, choć teoretycznie odrzuca, jako niepotrzebny zbytek dla nerwów. Zosia jednak jest dla niego, tak jak i ja, wyjątkiem z ogólnej reguły. Ona grać może bez narażenia się jego teoriom. Sam jej nawet nuty znosi, a ja się uśmiecham po cichu.
Dzieci, dzieci!
Strasznie mi niewygodnie pisać dzisiaj — raz, że ciemno, bo łóżko moje stoi dosyć daleko od okna, a po drugie, że taka półsiedząca, półleżąca pozycja, w jakiej się znajduję, niezupełnie jest odpowiednia do pisania. Ale cóż robić przez dzień cały? Doprawdy, zaczynam się już nudzić porządnie. Stach mi zazdrości tych chwil wywczasu; ale ciekaw jestem, coby robił, na moim będąc miejscu.
Całe jeszcze szczęście, że ten starowina, Hofmann, zgodził się przychodzić do mnie na lekcje. Przynajmniej z nim godzina schodzi jako tako. Dziś mnie pochwalił za dobre postępy i starał się wmówić we mnie nadzieję, że za rok będę mówił po niemiecku jak rodowity berlińczyk. Niestety, ogromnie o tym wątpię. Co za nieznośny język! Wymawiają nam, Polakom, że się chętniej uczymy francuskiego, a choćby angielskiego, niż niemieckiego. Ależ, słowo daję, ten nasz wstręt do niemczyzny ma swoje podstawy. Pomijając wszelkie kwestie sympatii lub antypatii narodowej, w samym języku znajdziemy usprawiedliwiające powody. Jakaż zawiła budowa zdań! Ten zwyczaj stawiania orzeczeń na samym końcu zdań zniewala do trzymania umysłu w natężeniu aż do ostatniego wyrazu frazesu, co jeszcze przy niezwykłej długości okresów jest szalenie nużące. Trzeba od dziecka gimnastykować umysł, żeby go uczynić wytrzymałym do takiej ciągłości myśli. Sądzę, że sam już język ze swymi piętrowymi budowlami zaprawia mózgi niemieckie do tych nieskończenie długich, szalenie konsekwentnych spekulacji, jakimi się popisują w filozofii — jeżeli naturalnie nie dzieje się przeciwnie, tj. że język jest odbiciem ich spekulacyjnych umysłów. Tak czy owak, wszystko jedno; jądro kwestii pozostaje tym samym. Czy mowa wysubtelniła umysł ludzki, jak chcą jedni, czy umysł rozwinął mowę, jak wnioskują drudzy — zawsze łączność między nimi być musi.
Ach, Boże! co to za galimatias w tej filozofii! I jak tu sobie w tym chaosie może dać radę zwykły śmiertelnik! Chyba, jak utrzymuje Stach, wcale się tymi rzeczami nie zajmować. Gdybyż tylko można było!
Stach mi naznosił mnóstwo książek do czytania, żebym się nie nudził. Ale, niestety, nie mogę czytać długo. Dawniej potrafiłem całe noce spędzać na czytaniu, pomimo znużenia i senności; teraz nawet rzeczy lżejsze, jak Lombroso lub Mosso, nużą mnie szybko. Trzeba się chyba będzie zabrać do beletrystyki. Od tygodnia kładę Stachowi w głowę, żeby mi się skąd o jaką powieść postarał. A ja w dodatku tak przepadam za literaturą! Gdyby nie jakiś rozkaz moralny, który mi mówi ciągle: „ucz się i pracuj nad sobą”, wszystkie wolne chwile spędzałbym na czytaniu. Może kiedyś, po latach, będę zdolny dogodzić tej swojej „fantazji”.
A nikt nawet nie wie, że literatura o mały włos nie została zbogacona nową znakomitością... w mojej osobie. Ach, Boże! i dobrze, że nikt nie wie: wszystko potrafię znieść, prócz śmieszności. Bo i ja przechodziłem tę ospę autorstwa.
Byłem w ósmej klasie, kiedy napisałem coś pośredniego między poematem, nowelą, szkicem, obrazkiem... jednym słowem coś, czego sam nie potrafiłbym określić. Treści już nie pamiętam dobrze teraz. Pisałem to nocami, w tak ścisłej tajemnicy, jakbym przygotowywał co najmniej zbrodniczy zamiar wysadzenia Europy w powietrze. Po skończeniu, z biciem serca posłałem mój utwór do jakiejś redakcji. Niestety! zostałem ugodzony śmiertelnie: w „odpowiedziach od redakcji” wyczytałem najwyraźniej wydrukowane: „nie rozumiemy, o co szan. panu idzie”. Był to cios pierwszy. Niezrażony jednak jeszcze, przeciwnie, jak Byron, podniecony taką najwidoczniejszą niesprawiedliwością, zabrałem się do pióra i napisałem znowu jakąś wspaniałą niedorzeczność.