Boże!... co oni mi odpowiedzieli!... co oni mi odpowiedzieli!...
Do dziś dnia nie mogę o tym pomyśleć bez dreszczów, i wcale nie rozkosznych.
Lekarstwo jednak poskutkowało. Twórczość moja dostała jakby pałką w łeb i zanikła nagle. Już się chyba nigdy nie puszczę na taki eksperyment.
Ale dobrze, że to już tak strasznie dawno. Wreszcie nikt, literalnie nikt, o tym nie wie.
Zosia moja kochana dziś podwójne lekcje odrabia. Chce sobie na jutrzejszy wieczór wytargować kilka godzin i razem z nami je spędzić, żeby wesoło karnawał zakończyć. Zakończyć? Czyż on się dla niej zaczyna kiedy?
Jak to dobrze dla niej, że ona nie czuje całej nędzy swej egzystencji! Ona i z tego rada, że sobie kilka godzin „wytarguje” dzisiejszą zdwojoną pracą.
A gdzież użycie? spokój? wytchnienie?
1 marca
Jednak ta rekonwalescencja postępuje strasznie powoli — a jeżeli mam się przyznać szczerze, nie postępuje wcale. Wobec Zosi i Stacha brawuję trochę, żeby ich nie martwić bezpotrzebnie, ale sam czuję, że nie tylko mi teraz nie lepiej, ale od jakiego tygodnia jakby siły tracę. Czy to było zapalenie płuc, czy nie było, mniejsza z tym, skoro minęło; ale dlaczegóż to się wszystko tak wlecze? Z jakimś dziwnym niepokojem badam się co rano, czy mi choć odrobiny sił nie przybywa — a tu nic i nic. Pierwsze gwałtowne cierpienia ustąpiły już prawie, ale ten dojmujący ból w piersiach i kaszel męczący dotąd mi nie dają spokoju. Co to ma być? Czyżbym się zaziębiał ciągle? Wczoraj, wstydząc się trochę, prosiłem Stacha, żeby drzwi obił krajką. Może to stamtąd wieje? Ja nie czuję tego, ale może. — Bierz licho ceremonie i przechwałki! Lepiej się zabezpieczyć nawet tam, gdzie niebezpieczeństwa nie ma; bo mi się to już wszystko diabelnie przykrzyć zaczyna.
Dziś, przed godziną, czując się niby lepiej trochę, prosiłem starego Hofmanna, żeby mi podał rękę i poprowadził po pokoju. Przeszedłem dwa razy, i to z ogromnym wysiłkiem, i musiałem na swój sztuczny fotel wracać. Nie usiadłem, tylko padłem po prostu. Nogi zupełnie odmawiały mi posłuszeństwa: jedna w prawo, druga w lewo, a ja w tył albo na przód. Poczciwy starowina musiał się porządnie namęczyć. Krzyczał wprawdzie: „noch ein wenig14, noch ein wenig!” — ale moje nieszczęsne nogi krzyczały także: „genug15!”