A przecież nie jest ono rozkoszą, niewielu nawet zaczerpnęło z tej krynicy upojenia, która jedynie trudy życia osładza. Są przecież tacy, którzy z pragnieniem tylko przebiegli to życie — którym nigdy serce nie zabiło ani dla nieba, ani dla ziemi, choćby dlatego tylko, że się tam nigdy nie dostali lub dostać nie mogli.
Czym dla nich to życie?
A czym śmierć?...
Wytchnieniem? — Nieprawda! Śmierć dla nich — to ręka brutalna, przecinająca w połowie drogę do szczęścia, spokoju — szczęścia zapracowanego krwawo, w cierpieniach i znoju, z prawa im przynależnego. Jesteśmy pielgrzymami w pustyni.
W pragnieniu i trudzie przebywamy przepalone słońcem-troską oceany, w nadziei, że wreszcie przebrniemy to morze niedoli i tam dojdziemy, gdzie źródła tryskają i rosną palmy. Nikt nie oglądał tego raju rozkoszy, bo nikt tam nie dotarł, nikt nawet nie wie na pewno, czy on istnieje rzeczywiście. Giniemy wszyscy po drodze, trupami swymi wyściełając szlaki, ażeby i dzieciom naszym wskazywać, kędy droga... do nieskończoności.
Są i oazy w tej pustyni. Zatrzymują się w nich obłąkani z pragnienia, z ułudą, że doszli już celu — i, jak my, giną.
W duszy naszej tkwi już zaród pragnienia szczęścia. W pogoni za nim zrywamy się jak jaskółki do lotu, bo tak już nam instynkt każe.
Niczym nam wieków doświadczenie, niczym trupy po drodze — my wszyscy wierzymy w możność dojścia do celu i biegniemy wszyscy.
Tak było przed wiekami, tak i po wiekach wieków będzie.
Czy dojdziemy? Dopiero konając, wątpimy, a i to tylko za siebie, nie — za przyszłości pokolenia. W tym tkwi tragizm śmierci.