Budzić się, aby cierpieć — zasypiać, by konać — oto historia mych godzin życia.

Jedyne ukojenie dla mnie — to pisanie tych kartek. Badam się i analizuję, jakbym był obcym sam sobie. Zamiera wtedy we mnie konający suchotnik, a rodzi się spostrzegacz i krytyk. Rozdrapuję nieraz i tutaj swoje rany, ale one są mniej już bolesne, może dlatego, że je sam rozjątrzam. Ten, co nie może opanować trwogi wobec wymierzonej lufy pistoletu, sam ją często w swoją skroń celuje — i pewnie nie drży wtedy, bo sam sobie śmierć zadaje.

Więc kiedy zbliża się chwila anarchii myślowej, kiedy zaczyna się we mnie rozprzężenie, chwytam gorączkowo mój mały dzienniczek, pieszczę się nim, jak dzieckiem własnym, i bawię się.

Takie mi tylko pozostały zabawki.

Najpierw porównuję od dnia do dnia charakter pisma. Cieszy mnie, że litery podobne jeszcze jedne do drugich, że mi ręka nie drży. Uśmiecham się wtedy i wypróbowuję siłę ręki. Kreślę na marginesach różne esy-floresy, linijki, zakręty, siląc się na najbardziej skomplikowane. Ale piszę jeszcze równo i wyraźnie, tylko coraz prędzej, żeby mnie czasem jakaś myśl niepotrzebna nie zaskoczyła między wyrazami.

Wychudłem jednak strasznie. Palce u rąk sprawiają wrażenie patyków. I lewa dłoń sztywnieje mi często. Zauważyłem, że teraz, kiedy mam ręce wolno opuszczone, palce nigdy nie schodzą się z sobą, a szpary między nimi powiększają się ciągle. To bardzo naturalne: dawniej wypełniało je ciało, teraz trudno się mięśniom przyzwyczaić do nowego położenia.

Co dzień z uwagą oglądam swoje stopy, próbując palcem, czy nie są spuchnięte. Będzie to już ostatni znak. Ojcu memu i matce także nogi puchły na 2 tygodnie przed śmiercią. Wszyscy to za najgorszy objaw uważali, no i nie mylili się zupełnie. W ogóle teraz porównywam się ciągle to z ojcem, to z matką, śledząc, jakie choroba moja robi postępy. Wszystkie szczegóły ich zachowania się, objawy ich cierpień, stają mi żywo w pamięci. Podpatruję się ustawicznie w mimowolnych ruchach, szukam oznak na ciele, próbuję siły — i porównuję, porównuję ciągle.

To mi ułatwia niezmiernie orientowanie się w położeniu. Idę krok w krok za moją chorobą, pilnuję ją, szpieguję, krytykuję, starając się odgadnąć, co mnie czeka jutro, pojutrze, aż do ostatka.

Czasem od takiej samowiedzy włosy powstają na głowie, ale też czasem można w niej znaleźć odrobinę zadowolenia. Wiem, że umrę, jak inni pomarli — ale też uznaję całą różnicę: tamtych wiedziono na rzeź z zawiązanymi oczyma, a ja sam na nią idę, licząc swe kroki i orientując się w drodze.

Czyż nie znam choćby tego najzwyklejszego szczegółu konania, że najczęściej na kilka godzin przed śmiercią, a nawet na dzień cały, siły chorego wzmagają się i dają złudzenie polepszenia? Jest to ostatni przebłysk życia, a potem ciemność i nicość.