Umierający — to zupełnie inni ludzie. Do nich nie można stosować zwykłych praw logiki i życia. Są to jakby ludzie z innych planet, obdarzeni odrębnymi zmysłami i władzami umysłu. Znieczuleni na jedno, przeczuleni na drugie, inaczej patrzą na cały otaczający ich świat i pojmują go odmiennie. Czy lepiej, czy gorzej — któż osądzi? Życie ma swoje prawa, a śmierć swoje. I w jednym, i w drugim razie ulegamy tylko tym prawom, bo wyjść z siebie nie możemy.

28 marca

Pomimo wielkiego już wycieńczenia, każę się co dzień ubierać w szynel i sadzać na fotelu. To mnie wysila jeszcze bardziej — wiem o tym, ale mi się trudno wyrzec tej rozkoszy, że jeszcze siedzę.

Wiem, że nadejdzie dzień, kiedy już będę musiał powiedzieć sobie: „Nie powstanę więcej”, ale chcę ten dzień okropny odwlec jak najdłużej. Po prostu od zmysłów odchodzę nieraz z przerażenia, że może siadam na tym fotelu po raz ostatni. Naprężam wówczas energię i każę się oprowadzać po pokoju, próbując, czy jeszcze mogę chodzić. Póki przychodził Hofmann, zamęczałem go często, zmuszając do podtrzymywania mnie i spacerowania od fotelu do łóżka i nazad. Teraz Stach mnie nieraz bierze z tyłu pod pachy i podprowadza do okna. Patrzę chciwie, nie mogąc oderwać wzroku od tych dachów szarych i czerwonych, jakby w nich upostaciował się świat cały, który żegnać muszę. Mdleję często z wyczerpania, a jednak Stach gwałtem odciągać mnie musi na fotel. Zawsze mi się zdaje, że po raz ostatni napawam się tym widokiem i do nieskończoności przedłużam to niby ostatnie wejrzenie.

— A może już od jutra nie powstanę więcej, może to naprawdę po raz ostatni stoję u okna? Trzeba patrzeć, patrzeć, żeby się nasycić, upoić tym widokiem, napatrzyć się na całe życie...

Po całych dniach siedzę jak ogłupiały, bezmyślnie patrząc przed siebie i nic nie widząc. Chciałbym zapomnieć myśleć. Mój stan teraźniejszy — to stan ucisku. Jakiś bezmierny ciężar przytłacza mnie swym ogromem, a ja nie próbuję już często ani walczyć, ani rozpoznawać, co mnie tak uciska. Wiem, że nie rozpoznam, i poddaję się bierny.

Doznaję nieraz takiego wrażenia, jakby planeta jakaś ciemna, wykoleiwszy się z torów swego biegu, powoli opadała na ziemię, grożąc jej zmiażdżeniem. Ciemny krąg na niebie powiększa się coraz więcej, zasłania słońce i światło, rośnie, olbrzymieje i brzegami swymi zdaje się tuż tuż dotykać krawędzi widnokręgu. Chwila jeszcze, a straszna jakaś katastrofa, coś niebywałego, potwornego, stanie się we wszechświecie. Ziemia rozpadnie się w kawały, huk walenia się światów rozedrze przestrzenie i wszystko zapadnie w jakąś otchłań okropną. W oczekiwaniu tego momentu wszystko blednie i targa się w rozpaczy. Zgiełk tłukącego się o dwa stropy ptactwa wypełnia powietrze, na ziemi ludzie i zwierzęta wyją z trwogi i szaleństwa, wszystkim brak już tchu i światła, wszyscy już czują, że giną i że ratunku nie ma.

A wtedy przychodzi przedostatnia chwila — wycieńczenie, rozpaczna apatia ogarnia wszelkie życie na ziemi; co żyło, pada, obalone obezwładnieniem beznadziejności, i w bezruchu, w bezpamięci oczekuje końca. Mgły jakieś ciemne zamraczają mózgi, ostatni dech miliardów płuc wyrywa z ciał dusze — i wszystko ginie — przed końcem — zduszone przerażeniem wobec ogromu.

I ja jestem w takiej przedostatniej chwili, duszony ciężarem, obezwładniony beznadziejnością walki. I mnie mgły ciemne zamraczają mózg, i męczę się, szamocę i nie mam nadziei.

To okropne są chwile. Czasem, gdy tak dogorywam niemal w unicestwieniu, nadludzkim szarpnięciem staram się otrząsnąć z przywalającego ogromu. Roztwieram oczy szeroko, spoglądam dokoła, chcąc sobie przypomnieć wszystko, i budzę się z wpół uśpienia. A wtedy myślę. Żadne piekło nie wynajdzie takich katuszy. A...a...a...ch... te myśli! te myśli!... Rozsadzają mi czaszkę i pieką duszę, obłąkują... Już lepiej nie myśleć, już lepiej konać pod tłokiem.