O ile ten stan przejściowy jest rzeczywiście przejściowym, nie wiem, bom ja go nie przeszedł dotąd — i już zapewne nie przejdę. Można więc i umrzeć, będąc niczym.

Takich wśród nas najwięcej. Tylko mało rozwinięta samowiedza i duma nasza są przyczynami, że się do takiego bezstanu umysłu nie zawsze przyznajemy. Każdy chce się popisać z wyrobionymi już ideami i przekonaniami, każdy chce być koniecznie czymś, ażeby mieć prawo do zabierania głosu i sądzenia z trójnoga powagi o kwestiach tego świata, a nikt się przyznać nie chce, że się dopiero urabia i tworzy.

Dlatego też tak wielu jest wśród nas skończonych, a prawie nie ma kończących lub dopiero pracujących. Naturalnie, jest to poniekąd objaw konieczny i nawet pożyteczny, gdyż chroni społeczeństwo od przeładowania niedołęgami, niezdolnymi do żadnego czynu. Życie iść musi swoim trybem, bo każdy żyć musi; a czy jest przyczepiony do ziemi rękoma czy nogami, głową czy brzuchem, to postaci rzeczy nie zmienia. Żołądek musi być nakarmiony: on jest silniejszy od głowy i pobije ją we wszystkich kierunkach. Głowa od biedy może się obejść bez wszelkich idei, żołądek bez pokarmu — nigdy.

Stąd tak szalony rozdział między myślą a życiem. Myśl, jako wytrzymalszą na głód, pozostawiamy w zawieszeniu; dla życia pracujemy wszyscy skrzętnie, bo ono czekać nie może.

Niechże przynajmniej nie każą nam wierzyć, że świat w swych życiowych krokach postępuje drogą jedynej doskonałości i jest urzeczywistnieniem możliwego ideału świata.

Tkamy tę kanwę życia najczęściej rękoma nieudolnymi, aby zbyć, aby wykonać przymusową część pracy, bez żadnego planu, bez zapału i wiary, że ją dobrze tkamy. Aby zbyć, bo to mus.

Dlatego to tyle nieuniknionego zła i nędzy na świecie.

Tkanina źle spleciona pęka i rozlatuje się w kawały, przepuszcza wilgoć i zimno, nieszczelnie przykrywa nasze nagie ciało, zwyczajnie jak partacko przez nieudolnego krawca zrobiona suknia, w której jeden rękaw przez omyłkę przyszyty dwa razy, a drugi ledwo przyfastrygowany.

I nie może być inaczej. Życie i jego obowiązki nie pytają, czyśmy już dojrzeli do pracy, czy mamy z czym wystąpić na widownię, czy wyznaczoną część pracy społecznej wykonamy wiernie, z niezachwianą wiarą w duszy, że tak a nie inaczej pracować trzeba. Wskazuje ono: „Masz zrobić to i to”, mechanicznie tylko zaznajamiając z rodzajem pracy. Wymówić się nie można, bo pracować trzeba, bo żyć trzeba. Nawet własne sumienie wysyła rozkaz: „Pracuj”, bo społeczeństwo ma prawo do swoich wymagań, a trudno by mu czekać było na chwilę, kiedy toż samo sumienie będzie w możności dać odpowiedź: „Jestem gotów”.

Zmęczyło mnie pisanie. Wreszcie widzę, że Zosia zabiera się już do odejścia, a przykro jej pewnie, że z nią nie rozmawiam. Boże mój! O czymże tu mówić? Czyż oni mogą mnie zrozumieć? Musieliby, tak jak ja, umrzeć; a przecież raz tylko umieramy i całą tajemnicę śmierci zabieramy z sobą do grobu.