Jestem uosobioną przeciętnością tej falangi wpół wykształconych ludzi, z nicością w duszy, z drwinami na ustach, doskonale się obywających bez wszelkich światopoglądów i metafizycznych idei, zaciekłych najczęściej społeczników (ja i tym ostatnim nie byłem), z oczami ku ziemi, nie ku niebu zwróconymi. Na życiu opieramy wszystko, dla niego pracujemy ciągle, nic poza nim nie dostrzegając.

I żyć z tym dobrze, ale żyć tylko; a gdy umierać przyjdzie, stajemy się pastwą rozpaczy.

Wtedy dopiero otwierają się nam oczy. Widzimy całą kruchość podstaw dotychczasowych idei i dziwimy się samym sobie. Z mistrzów życia stajemy się niedołęgami śmierci. Żadna z piastowanych dotąd idei nie przychodzi nam w pomoc. Wszystkie one dobre były dla życia, wiodły nas przez nie i nieraz uszczęśliwiały — śmierci stajemy oko w oko sami, niczym nie wsparci.

Jestem cząstką tej masy życiowego ciała.

Idei filozoficznych nie umiałem sobie przyswoić. Byłem ciągle w stanie przetwarzania się i urabiania. Niestety, śmierć przyszła, nie czekając końca pracy.

I jestem teraz niczym. Bo i czymże jest człowiek, który wyszedł z jednej fazy, a w drugą nie zdążył jeszcze wstąpić? Nie mogę już wierzyć, a i zwątpić o wszystkim nie śmiem, bo bym sobie nie wierzył. Nie rozczarowałem się jeszcze do wiedzy i wierzę w jej potęgę. Nic mi ona nie dała dotąd, ale może dlatego, żem się jej oddawał za mało. Nie chcę, nie mogę z trójnoga dyletantyzmu i naiwności przesądzać o wszystkim głosem niedouczonego wyrostka.

Jestem jak rumak schwycony w chwili skoku, bez punktu oparcia, zawisły nad ziemią. A ta jest różnica między mną a sceptykiem, że sceptyk zawisa w jednym punkcie, a ja lecę, wciąż lecę, choć mety nie widzę.

Wiedza przychodzi i szepce nam do ucha: „Bież za mną, a dojdziesz do celu”. Nie mając ni siły zwątpić, ani uwierzyć, przerażeni otaczającą zewsząd ciemnością, rzucamy się za tą jedyną przewodniczką, mówiąc w duchu: „A może”.

Nie ma dotychczas wyrazu odpowiadającego takiemu stanowi umysłu, w jakim się znajduję, jak nie ma wyrazu określającego stan wody, która już nie jest płynem, a jeszcze nie jest parą. A przecież między tymi dwoma stanami jest jakiś stan pośredni, może nieuchwytny, niemożliwy do określenia, ale zawsze jest, jako przejście i zmienność.

Jestem więc przejściem, zmiennością, tymczasowością, jestem istotą chwiejną, stojącą między dogmatyzmem a sceptycyzmem, gotową przerzucić się do obydwóch tych skrajności — istotą, niebędącą już tym, czym była, a jeszcze niewiedzącą, czym będzie.