Czymże jest śmierć? Przetworzeniem? Snem? Zniknieniem?
Nie wszyscyśmy przygotowani do odegrania roli. Śmierć spada jak piorun, nie pytając, czyśmy już do niej przysposobieni, czy mamy już jaki balsam łagodzący ciosy.
Co innego jest kłaść się do trumny jak na drzemkę, z wiarą w przebudzenie gdzieś na innych światach; a co innego lec w nią bez tej wiary, bez nadziei nawet, że się ten sen kiedyś skończy.
I ja nie mam nadziei. Jestem bezbronny wobec ciosu, bo nic nie mam w duszy. Z wygaśnięciem wiary wyczerpało się we mnie zarazem źródło światła, dozwalającego choć łudzić się, że rozumiem wszystko. Od tego czasu chaotycznie splątane zjawiska utraciły dla mnie swą harmonijną spójność. Wszechświat cały rozprysnął mi się w kawałki — i z poprzedniej gotyckiej budowli, opiewającej wielkość Boga, pozostały oddzielne ułamki.
Czym czuł potrzebę odbudowania tego gmachu na nowo, ja sam już nie wiem. Jest pewna epoka w życiu, kiedy ta potrzeba syntezy istnienia ukrywa się tak gdzieś głęboko w duszy, tak jest zagłuszona codziennymi sprawami egzystencji, że niemal zanika zupełnie. Ja właśnie tę epokę przebywałem. Żyłem życiem fizycznym tylko, bez troski o przyszłość, bez myśli: czym jestem, po co jestem i czym jest wszystko.
Bywały miesiące całe, w których zapominałem kompletnie o istnieniu jakichś zagadek bytu i machiny świata. Śmiertelność lub nieśmiertelność duszy? Cóż mnie to na razie obchodzić mogło? Kto w dwudziestym pierwszym roku życia myśli poważnie o takich rzeczach? O śmierci? Ja budowałem swoje życie — cóż mnie śmierć interesować mogła? Czyż architekt, stawiający gmach jakiś, myśli o tym, co się z nim kiedyś, kiedyś stanie? W jakie gruzy i wskutek czego się rozpadnie? Zapewne, przyciśnięty do muru, przyznać musi, że się kiedyś ta jego praca rozleci w kawały, powie jakiś ogólnik o znikomości wszystkiego na tym świecie; ale czyż on sam nie uważa tego prawa ruiny za jakąś chimeryczną, nieskończenie odległą konieczność, o której jednak myśleć nie warto?
Ja byłem w położeniu takiego budowniczego. Tak samo jak on uważałem za rzecz bezcelową myślenie o początku i końcu wszechrzeczy — no i nie myślałem.
Absolut, wola, das Unbewusste33, dynamizm! Nie rozumiałem dobrze tych wyrazów, co mi jednak nie przeszkadzało wierzyć, że je rozumiem. Zastąpiły mi one dawnego Boga. Teoria witalizmu wytłumaczyła istnienie organizmu i także zdawało mi się, że ją doskonale rozumiem. Jeżeli wynikały jakieś wątpliwości pod względem rozumienia tych pojęć, odkładałem gruntowne ich zgłębienie na później, na jakiś czas nieoznaczony, odległy, kiedy nadejdzie pora na to. Po co miałem sobie zaprzątać tym głowę? Lepiej powieść przeczytać...
I bez tego żyć można, nawet wcale dobrze.
A czy i umierać bez tego tak dobrze — czyż myślałem?