I wiem, że przed czasem nie przedrę tej zasłony; wiem, że prędzej głowę rozbiję, niżeli jej rąbek uchylę; a jednak nie mogę nie robić szalonych wysiłków, ażeby ją przebić.

Walczę nie tylko bez nadziei zwycięstwa, ale nawet z pewnością, że pokonanym zostanę — a przecież — walczę, by zwyciężyć...

Tylko ze śmiercią taki bój toczyć można.

Czasem śmieję się sam z siebie i w chwilach nieskończonych dociekań zdobywam się na energię rezygnacji — ale to są krótkie bardzo przestanki. Myśl już z nałogu biegnie jednym tylko torem — a jeżeli ją wysiłkiem zwrócę wpół drogi, nie mogę się potem oprzeć uczuciu wyrzutu, że czas ciągle schodzi, a jam nic nie wymyślił jeszcze.

I to uczucie wyrzutu, jakby żalu, potęguje się tym jeszcze, że zawsze przy samym końcu takich rozmyślań następuje jedna długa chwila, kiedy myśl, wycieńczona długim natężeniem, nie chce ulegać woli, popychającej ją ciągle dalej, na przód. I rzecz dziwna, to wyczerpanie siły myśli następuje zawsze wówczas właśnie, kiedy zdaje się dobiegać do jakiegoś końca, kiedy światło szukanej prawdy wydaje mi się już tak bliskie, że tylko trzeba jednego silniejszego wysiłku, ażeby je ujrzeć i zrozumieć wszystko. Wstrzymuję oddech, podniecam wyobraźnię, wytężam wszystkie władze — jeszcze jeden skok myśli — a będę u celu... i upadam.

Myśl, jak cięciwa nadmiernie przeciągnięta, pęka nagle — i broń, którą miałem szturmować niebiosy, strzaskana, udaremnia dalsze wysiłki.

Lessing35 powiada, że ludzie mają zwyczaj przestawać myśleć wtedy, gdy myślenie zaczyna być trudne — i właśnie wtedy, jak jeszcze dodaje jakiś inny pisarz, kiedy myślenie stałoby się płodne. Ale czy ono rzeczywiście stałoby się wówczas płodne? Czy to tylko nie omamienie wyobraźni, nie zwykła iluzja wiary w potęgę rozumu?

30 marca

Jak oni jednak prędko zżyli się z tą myślą o mej śmierci! Z początku rozpaczali bardzo: Stach płakał jak dziecko, Zosia rozpaczała — a teraz... Ona siedzi, robiąc robótkę jakąś szydełkiem, Stach czyta — i obojgu ani im może przez myśl nie przejdzie, że z każdym oczkiem bawełny, z każdą literą upływa jedna drogocenna dla mnie chwila. A przecież wiedzą już o tym na pewno, wiedzą i to, że i ja wiem także, bom im sam o wszystkim rozpowiedział — wiedzieli nawet wcześniej ode mnie. A jednak zmiany dopatrzyć by się nie można. Posmutnieli tylko trochę, boją się mówić głośno — ale poza tym wszystko tak samo.

Ja się im nie dziwię zupełnie. Cóż robić mają? Trudno przez kilka tygodni łzy tylko wylewać i szamotać się bezpotrzebnie. Z największym bólem zżyć się można i schylić przed nim czoło: przecież i ja się już ze swoją śmiercią zżyłem i jestem niby spokojny, więc i oni tym bardziej przyzwyczaić się do niej mogli. Wszystko więc jest tak, jak być powinno; a jednak... jednak mnie to strasznie drażni. Dlaczego tak jest? Dlaczego śmierć jednego człowieka tak obojętnie jest przez innych przyjmowana? Czy dlatego, że wszyscy umieramy i śmierć jest zjawiskiem powszednim? Ależ przez to nic ona nie traci na swej grozie. Czy umieram ja tylko, czy umierają miliony — to wszystko jedno, śmierć śmiercią będzie. Pomimo tysiąca sposobów umierania koniec jest zawsze jednaki: jednostka znika ze świata na zawsze, na wieki i już do niego nigdy nie powróci. Czyż w tym nie dosyć piekła, ażeby zamącić najspokojniejsze dusze?