Ja czuję całą dziwaczność takich rozumowań, sam sobie odpowiadam, że inaczej być nie może, bo gdyby świat chciał się przejmować śmiercią każdego człowieka, to jutro sam by wydał ostatnie tchnienie z nadmiaru cierpienia — ja sam inny nie byłem, a przecież nie mogę, nie mogę nie pytać: dlaczego tak jest?

I nie o ich łzy mi chodzi, bo sam wolę, że już są spokojniejsi znacznie — ale chodzi mi o to prawo życia, które tak samolubnie względem cudzej śmierci się zachowuje. Człowiek żył, pracował, myślał, był jednym z ogniw łańcucha istnienia — naraz ginie, znika bezpowrotnie — i to nie zakłóca w niczym ogólnego biegu życia. Przepada jak kamień w wodzie; a spokojna fala przepływa nad nim, nie troszcząc się zupełnie, że coraz nowe ofiary pod wodę wciąż idą.

Ja wiem, że to są myśli niedorzeczne, głupie, w dodatku wyrafinowanie egoistyczne — że tak tylko, jak jest, być musi, bo jest dobrze — a jednak nie jestem zdolny stłumić w sobie jakiegoś krzyku buntu, który to nazywa zarazem okrutnym.

I im więcej nazywam to prawo nieskończenie mądrym i jedynie możliwym, tym więcej się buntuję, tym więcej dostrzegam w nim tylko rozum — a nie serce.

Wreszcie, źlem się może wyraził, mówiąc: „buntuję się”. Bunt to nie tylko niezadowolenie z istniejących urządzeń — to zarazem przeświadczenie o niedoskonałości czegoś i możliwości istnienia lepszych warunków. Jam nie do tego stopnia naiwny, ażeby się buntować przeciwko temu, co jest niewzruszone, co nawet uznaję za możliwie najlepsze; ale przecież mogę powiedzieć, czy mi się to coś podoba lub nie, czy mi z nim dobrze czy źle. Taki bunt nie zakłóci wszechświata.

Jednakże człowiek, z całym swoim rozumem, jest strasznie marną istotą. Obdarzony zdolnością analizy i wyczuwania wszystkiego, a pozbawiony siły twórczej nawet w dziedzinie abstrakcji — jest jak Samson, któremu włosy obcięto. Targa się i szarpie, a nic nie może, choć wszystko widzi.

Dobrze, że Stach mój nie czyta tych kartek: nazwałby to, jak zwykle, przelewaniem z pustego w próżne — czym to i jest rzeczywiście. Szczęśliwy, kto może, raz zgodziwszy się na to, zaprzestać daremnych trudów. Mnie to widać w manię przeszło i innym już nie będę.

31 marca

Jest coś ciężkiego, nienaturalnego w tej atmosferze, która mnie otacza. Zaczęło się to od czasu, kiedy Starzecki wyjaśnił Stachowi rzeczywisty stan mej choroby, a on potem i Zosię przygotował do tej wiadomości. Wtedy to po raz pierwszy wkradła się jakaś nienaturalność w nasze stosunki. Graliśmy ciągle komedię przed sobą, wiedząc doskonale, że ją gramy. Słowa nie tłumaczyły naszych myśli. Wszyscy myśleli o jednym, a każde starało się jak najgłębiej ukryć prawdę.

Sądziłem, że wizyta Łopackiego zrobi jakiś stanowczy przełom i albo skieruje myśli na inne tory, albo pozwoli myśleć głośno. Nie zaszło ani jedno, ani drugie. Chcąc raz już przerwać to uciążliwe milczenie o rzeczy najważniejszej, zaraz na drugi dzień opowiedziałem im wszystko, ażeby wiedzieli, że się już nie łudzę i że możemy mówić otwarcie.