I w dodatku awanse mogą ominąć, sława rozwiać się jak pył, kwatryliony nie dopisać — a jedna tylko śmierć stoi niewzruszona, jako pewny koniec wszystkiego.

Więc czemu tak mało się z nią liczymy?

Stach nie zawahałby się w odpowiedzi. Dla niego i tu jest dobrze, jak jest; bo gdyby ludzkość tydzień spędziła w takich rozmyślaniach, jedna jej połowa wystrzelałaby się z przerażenia, druga zwariowała.

Ale to nie odpowiedź na pytanie. Nie chodzi o to, czy tak jest dobrze lub źle, bo tak jest i będzie — ale dlaczego tak jest?

Oto dlatego, iż my wszyscy wiemy, że pomrzemy, ale nikt temu nie wierzy. Niesłusznie nazwali to paradoksem; to prawda najprawdziwsza. Śmierć stosujemy do wszystkich, tylko nie do siebie.

My wszyscy, pomimo miliarda przykładów, pomimo jaskrawej ich oczywistości, pomimo nawet najsilniejszego o tym przekonania, czynimy się wyjątkami w ogólnej regule. Nikt się do tego nawet sobie nie przyzna, potrafimy nazwać to idiotyzmem, śmiać się z własnej głupoty, a jednak... jednak... nie wierzymy. Ta najdziwaczniejsza z dziwacznych niewiara nie występuje może nigdy w umyśle jako jasno i dobitnie sformułowane twierdzenie, ale tkwi gdzieś po kącikach inteligencji, jako instynktowy, wrodzony głos. Nie wiemy, że go mamy — a on jednak wchodzi w grę myśli i wpływa na nią.

I nigdy, nawet w najtajniejszych tajnikach myśli, nie mówimy sobie: „nie umrę”. Nie, toby się wydało zanadto niedorzeczne, dzikie: my tylko do nieskończoności odkładamy śmierć naszą, odsuwamy ją tak głęboko gdzieś w dal, że nam już niknie zupełnie z oczu. Lata życia płyną, ale śmierć się nie zbliża nigdy; ona także odpływa z latami i zawsze jesteśmy od niej w równej odległości. Rozum temu przeczy, ale ten głosek utajony, niepochwytny, wstydliwy, ciągle szepce do ucha: „A może, a może”. I na co wówczas człowiek liczy, to najmniej zrozumiałe; zapewne na Boga w niebie, na eliksir życia — a może na to, na co jeszcze liczy skazany ze stryczkiem na szyi: „Bo kto wie?”, „A gdyby tak rzeczywiście?...”.

W tym właśnie tkwi źródło tej dziwnej obojętności wobec śmierci i temu ludzkość zawdzięcza swoje istnienie i cywilizację.

Bo i któż by chciał pracować, tworzyć coś, poczynać, gdyby nie ta nieświadoma wiara w nieśmiertelność niemal — nie tam gdzieś w niebie, ale tu, na ziemi? Kto by chciał znosić cierpienia bez tej nadziei, że się kiedyś skończą i nadejdzie czas na spożywanie owoców?

Dlaczego ludzie mieliby kochać? Walczyć? nieść siebie w ofierze? Przez altruizm? Głupstwo. Co komu po miłości, jeżeli mu ona nie przysporzy ani godziny istnienia? Co komu po zadowoleniu własnym, skoroby go czuć nie miał?