Nie pozujmy na ideały. Mosso wynalazł, gdzie się w mózgu mieści zwój nerwowy, odpowiadający miłości macierzyńskiej. Kto go ma w stanie zaniku, nazywa się potworem — kto go ma w stanie przerostu, odbiera hołdy świata. Jeżeli więc to prawda — to gdzież zasługa lub wina? Kto winien temu, że mu tam coś w mózgu przerosło lub zanikło, jeżeli się taki urodził?

A przecież czułe matki tak się szczycić potrafią swą miłością dla dzieci! Niech wiedzą, że tylko jakimś węzełkom mózgowym zawdzięczają swą idealność i że gdyby ich nie miały, mogłyby równie czule podusić swoje dzieci.

Nie składajmyż więc i my naszych altruizmów jedynie na karb idealności naszej natury, bo mogą się odnaleźć ich źródła takie ciemne, takie ślepe i takie nieświadome, jak węzełki Mossa.

3 kwietnia

Piszę przy Zosi. W ostatnich dniach nie kryłem się z tym wcale. Zapytywali mnie kilkakrotnie, co piszę, alem ich zbywał niczym. Od kolejnego dozorowania kolegów jużem38 się uwolnił nareszcie. Zapowiedziałem Stachowi, żeby mi ich nie sprowadzał. Nic mnie tak nie drażniło, jak ich głupie rozmowy i chęć brania mnie w kuratelę. Im się zdaje, że człowiek chory lub dogorywający utraca część swojej niezależności i staje się tłomokiem, służącym do wyładowania wszystkich ich zapasów litości, współczucia i miłosierdzia. Niemoc fizyczna nie świadczy chyba jeszcze o niedołęstwie umysłowym: przeciwnie, niemoc ciała zaostrza tylko wrażliwość nerwów i wysubtelnia umysł. Siły żywotne zaoszczędzone w jednym kierunku, aż do zbytku. Umysł mój teraz jest tak wrażliwy na oddziaływanie zewnętrzne, że najmniejszy odcień w tonacji głosu, najlżejsze poruszenie muskułów twarzy nie uchodzi mej uwadze. W zdolności domyślania się dochodzę często do absurdu, gdyż nieraz wytwarzam sobie rzeczy nieistniejące, czym męczę tylko siebie i innych. Doszedłem do tak strasznego rozdrażnienia, że we wszystkim wyszukuję powodów do urażania siebie. Nic nie pomaga refleksja i wchodzenie w położenie innych; ja muszę wszystko na swoją modłę przerobić i po swojemu tłumaczyć. Wiem, że to urojone chimery, chorobliwa egzaltacja; a jednak nie jestem zdolny zapanować nad własnymi nerwami, które nieraz szaleją, i tak przygnębiam się jeszcze własnym przygnębieniem.

Ot, rozmowy kolegów moich: o czym by mówić powinni, sam nie wiem, ale każde ich słowo doprowadzało mnie niemal do wściekłości, jeżeli mówili głosem przyciszonym, ze współczuciem i z chęcią dostrajania się do kamertonu smutku i żałoby, jaki naturalnym biegiem rzeczy zapanował teraz wobec mnie — rozstrajało mnie to w najwyższym stopniu, wywołując nieprzepartą chęć drwienia z nich wszystkich i z ich współczucia. Nie potrzebuję ich litości, tej litości zdawkowej, nic niekosztującej, udzielanej jak jałmużna nędzarzom moralnym.

Nawet Stach i Zosia, nawet te anioły miłości, są nieraz przedmiotem mej chwilowej nienawiści — bo są takie chwile, że z rozkoszą igram z ich uczuciami, napawając się zadawaną torturą. Jestem zły, szorstki, bezlitosny — wiem o tym sam dobrze; ale właśnie to, że sam widzę swą winę, popycha mnie jeszcze do coraz złośliwszych wybryków. Im bardziej czuję się szatanem, tym bardziej staram się na jego miano zasłużyć. Czasem i na dnie piekła rozkosz leży; może szatańska, potworna, ale zawsze rozkosz. Chore dusze, jak moja, lubują się we wszystkim, co wyrafinowane, bądź w dobrą, bądź w złą stronę.

I dziś zatrułem im i sobie kilka godzin. Poszło, jak zwykle, o rzecz marną, o drobnostkę — a jednak doprowadziłem Zosię do spazmów, a Stacha do przygnębienia.

Ni z tego, ni z owego, odezwałem się głośno, że warto by sobie nowe kamasze sprawić. Powiedziałem to naturalnie bez żadnej myśli, ot tak sobie, aby coś powiedzieć. Takie błędy robię coraz już rzadziej, przyzwyczaiłem się już bowiem do konsekwencji w swoim nowym położeniu.

Zosia jednak wzięła mnie za bardziej naiwnego, aniżeli jestem w istocie. Zaczęła skwapliwie popierać mój projekt, wypytując się o wszystkie szczegóły. Chciała biedaczka za cenę kilku rubli oderwać mnie na chwilę od rzeczywistości, wmawiając, że kamasze są mi rzeczywiście potrzebne.