Ta jej nagła chęć dogodzenia mej fantazji uderzyła mnie od razu. Nie potrzebowałem i ćwierci sekundy zastanawiać się nad tym. Cały szereg myśli, powiązanych jedna z drugą nieubłaganą konsekwencją, przemknął mi przez głowę.

Jedną połowę serca przepełniała mi wdzięczność dla Zosi za jej miłość, druga nasiąkała goryczą, żem się dał tak zaskoczyć. Gorycz przeważyła. Nerwy moje są do tego stopnia chore, obolałe, a więc przeczulone, żem niezdolny oprzeć się ich parciu. Staczam się tam, gdzie mnie one poniosą, mimo protestów rozumu, mimo rozkazów woli. Zacząłem wmawiać w Zosię, że się uśmiechnęła szyderczo, kiedym wspomniał o kamaszach, choć ona biedna ani pomyślała o tym. Wyrzucałem jej brak serca, obwiniałem o okrucieństwo, oskarżałem o wyrafinowaną chęć dokuczenia mi, zatrucia ostatnich dni itd., itd.

Czegom ja nie wygadywał!

A ona, potulna, strwożona, we łzach cała, nawet nie próbowała się usprawiedliwiać. Patrzała na mnie szeroko ze zdumienia otwartymi oczami, potem po cichu zaczęła się skarżyć Stachowi i jego brać na świadka swej niewinności. A w ręku trzymała jeszcze woreczek, z którego przedtem chciała wyjąć pieniądze na te nieszczęsne kamasze. Ja to wszystko widziałem, wszystko rozumiałem doskonale, nawet i to, że gotowa była, dla dogodzenia memu wybrykowi, poświęcić tyle pieniędzy, zapracowanych tak ciężko; uznawałem całą swą winę; ale właśnie dlatego, żem się czuł tak dalece winny, bezczelnie trwałem przy swoim. Skończyło się, jak się zwykle kończą tego rodzaju sceny: Zosia uklękła przy fotelu, zaczęła mnie ściskać i całować po rękach, po szyi, póki moje rozdrażnienie ze łzami nie spłynęło. Ach! Śmierć jest przede wszystkim złośliwą jędzą, spoczwarzającą serca, zatruwającą mózgi. Śmierć — to nie czuła i tkliwa scena z końca dramatów Dumasa — to ohydny proces rozkładu umysłu i ciała.

Ginąć gdzieś w burzach żywiołów, w kataklizmach życia, wśród walki i zmagania się — zgadzam się na to — ale tak konać, tak nędznie, marnie, w czterech ścianach — to już nie okrutnie nawet, to obrzydliwie.

Bo nie konam, tylko gniję powoli, spokojnie wydychając życie. Nic nie ma wielkiego, wyniosłego w takiej śmierci. Jestem dogorywającym nędzarzem, niczym więcej. Żaden powieściopisarz z całego świata nie potrafiłby osnuć wątku opowiadania na takiej śmierci.

Szaro tylko, płasko, nudno, przeraźliwie nudno.

4 kwietnia

Co za czas okropny dzisiaj! Nieba nie widać zupełnie, nawet chmur, poprzez te drobiny wody, powoli opadające w powietrzu. Nawet wiatr nie zawyje. Monotonny plusk wody, tłukącej się o dachy, wdziera się w uszy i siebie tylko słyszeć każe. Przestrzenie wypełnia szara wilgoć — ponura, bo bezbarwna — straszna, bo nieubłagana, przeciskająca się wszędzie, nawet w duszę. Drga mi nerw każdy. Czuję to tak wyraźnie, że aż drżę. Po raz pierwszy doznaję cierpienia całego ciała. Ból wcisnął się nawet we włosy, paznokcie, kości — i czuję, że je mam.

A ten plusk monotonny, jak dzwon pogrzebowy, jęczy, zawodzi i łka...