Dlatego też zdziwiłem się bardzo, ujrzawszy ją dzisiaj. Powiem nawet, że mnie do pewnego stopnia ujęła jej uprzejmość i chciałem ją przyjąć jak najserdeczniej. Z taką jednak ostrożnością pocałowała mnie w czoło, tak gorliwie ścierała ukradkiem z ręki ślady moich ust, że mnie to musiało zrazić cokolwiek. A przy tym byłem już i tak wycieńczony strasznym atakiem kaszlu, jaki przebyłem na kilka minut przed jej przybyciem. Wymówiłem się więc zmęczeniem, zdając trud bawienia gościa na Stacha. Przez cały czas ich rozmowy myślałem o tym wycieraniu rąk po moim pocałunku, ciągle starając się usprawiedliwić przed samym sobą ten fakt i uznać za naturalny. Udało mi się po części, bo ja już niczemu się teraz nie dziwię. Bolało mnie to jednak strasznie i przejmowało wstrętem.
Wreszcie ciotka zwróciła się do mnie, mówiąc coś o wyjeździe na wieś, o swej gotowości przyjścia mi w razie potrzeby z pomocą, a nawet, zdaje się, zaproponowała mi — powstydziwszy się trochę dla ceremonii — pożyczkę. Na pierwsze uśmiechnąłem się gorzko, co do drugiego — szorstko prawie odmówiłem. Na tym się też skończyło. Wstała na koniec, by się pożegnać. Uścisnąłem tylko podaną mi rękę, nie dotykając wcale ustami. To ją zaambarasowało trochę. Chciała jeszcze coś mówić, ale ją powstrzymała oschłość, z jaką odpowiadałem. Wahającym się krokiem postąpiła ku drzwiom, sama nie wiedząc, na co się zdecydować. Wreszcie odwróciła się ku mnie i powiedziała:
— Do widzenia, Józieczku!
W głosie jej rozpoznałem najwyraźniej łzy. To mnie rozbroiło. Przy tym i we mnie zaszła raptowna zmiana. Te wyrazy „do widzenia” uprzytomniły mi ich znaczenie zupełnie przeciwne.
A przecież to rzeczywiście, rzeczywiście widziałem ją po raz ostatni, zupełnie po raz ostatni! Już nigdy, ani na tym, ani na żadnym świecie, nie zobaczę jej więcej. Każde pożegnanie jest przykre, poważne, a cóż dopiero takie! Toteż mimo woli przejęliśmy się tym oboje. Ona nie zważała już na swoje ręce, ja czułem tylko rozdzierający żal. Ściskaliśmy się jakoś nerwowo, spazmatycznie, płacząc i mówiąc coś bez związku.
Wreszcie Stach nas rozłączył, siłą wyprowadzając ją z pokoju. Była już na schodach, kiedym ją zawołał jeszcze, chcąc chociaż we drzwiach zobaczyć jej twarz po raz ostatni. Wpijałem się niemal oczami w jej rysy, jakby pragnąc na wieki wyryć sobie w pamięci ten obraz.
„To już po raz ostatni, zupełnie ostatni!” — dźwięczało mi w uszach ciągle.
Tylko ten, co umiera, może pojąć do głębi słów tych znaczenie. Zupełnie, zupełnie po raz ostatni!
Amelka przyjeżdża dziś w nocy. Przyjeżdża, naturalnie, aby spędzić razem ostatnie chwile, jakie mi pozostają.