Zosia, nie chcąc mi całej prawdy powiedzieć, umyślnie rzuciła wtedy podejrzenie, że ona miejsce traci. Teraz i tego wybiegu nie potrzeba — raz, że to święta, a po drugie, że teraz o wszystkim można mówić otwarcie.

Muszę im być wdzięczny za to, oceniam ich przywiązanie i ofiary — a jednak, jak mnie to wszystko drażni niesłychanie! Przygotowują się do mej śmierci, każdy ich krok jest obmyślony, wyrachowany, a wszystko do jednego tylko zmierza: do tej chwili, kiedy trupem będę. Czemuż trumny jeszcze nie zamówili? — to już tylko dziwne dla mnie. Ręczę, że Amelka już myśli o żałobie. Naturalnie, praktyczność i orientowanie się w sytuacji — to rzecz bardzo pożyteczna, a nawet chwalebna; a jednak... jakie to wszystko bezlitosne, podłe, okrutne!...

Czekają, kiedy ostatnie wydam tchnienie, kiedy nareszcie będą mnie mogli zakopać w ziemię. Już im się sprzykrzył ten suchotniczy szkielet leżący na łóżku, z gasnącą iskierką życia — który skonać nie może, a może i nie chce... Naturalne to wszystko, strasznie naturalne. Nie mogę mieć nawet do nich żadnej urazy, bo sam do siebie wstręt już uczuwam. Suchoty — to nie śmierć na kwiatach, to nie poetyczne pożegnanie ze światem. Tu paskudztw pełno, zaduchu, zgnilizny, odoru lekarstw i potu — zakażenie fizyczne i moralne. Dumas brednie plecie. On nie konał na suchoty, on nie ma prawa mówić o nas. Całe rozdziały z jego powieści, w których mówi o suchotnikach — to poetyczna aberracja mózgu. Gdzie on widział tych potępieńców ze słowami miłości i słodyczy, jakie im w usta wkłada: Gdzie on się dopatrzył tego altruizmu i poświęcenia, jakie z ich słów wieją?

To nieprawda! Egoizm chwyta nas w swe szpony i wszystko nam z serca wyjada. Co nam po świecie całym? Niech ginie, niech przepada, skoro my już z niego korzystać nie możemy. Idee społeczne? szczęście? dobro? prawda? Co one nas obchodzą? My tylko konamy — z zawiścią, z przekleństwem, że na nas przyszła kolej wykluczenia.

9 kwietnia

Ach, te noce bezsenne! Jakie one długie, okropne!

Lampa się pali gdzieś w kącie na podłodze, dając jakieś niezwykłe, szpitalne oświetlenie; zegar bije powoli godziny, cisza monotonna dokoła, taka głucha, że aż ogłuszyć potrafi; wszystko śpi, spoczywa — ja jeden tylko czuwać muszę, bić się z myślami, bredzącymi na najdziwaczniejsze tematy. Gorączka rozpala krew i podnieca chorobliwie wyobraźnię. Straszliwe widziadła, jak mary, przeciągają przed oczami duszy. To widzę się martwym w trumnie na katafalku, obstawiony świecami; to leżę już w grobie, oddany na pastwę plugastwu ziemi; to wieko znów trumny zapada nade mną na zawsze i słyszę wśród tej przeraźliwej ciszy łkanie Zosi. Ta pewność, ta okropna pewność, że to wszystko tak będzie rzeczywiście, że już może za tydzień zaścielą to łóżko, gdziem się tak długo wymęczył — pogłębia jeszcze tę otchłań ponurą. A te godziny nocy tak idą powoli, tak bezlitośnie przedłużają te chwile męczarni!

Co robić? Jak się uwolnić od tych mar rozigranej wyobraźni? Nie mam serca budzić biednego Stacha, który i tak jak cień już wygląda. Jego wybladła twarz, którą widzę ciągle tuż przy sobie na fotelu, zmożoną snem i trudem, leży mi ciężarem na duszy, jak wyrzut sumienia, jak ofiara mych dni konania.

„Oto jest śmierć!” — powtarzam sobie — oto czym jest ta śmierć. Wysysa soki życia z żywych i konających, sieje miazmaty choroby na wszystko dokoła, zdradliwie wszczepia w zdrowie nasiona swoje, aby potem tylko plony zbierać. I nie tylko życie odbiera nam ona. Okrada nas z serca i rozumu, wydziera wszystko, co tylko lepszego w głębi nas tkwiło, pozostawiając męty jedynie i szumowiny duszy, aby było czym żyć — na dni ostatek.

„Oto jest śmierć, tak ona wygląda!”