A tymczasem zegar powoli wydzwania godziny. Słyszę północ, pierwszą, potem drugą i trzecią, a mimo to sen nie przychodzi ukoić spragnionych powiek.
Melancholia jakaś dziwna, jak wilgoć, wsiąka w duszę, czarna noc kirem zabarwia wszystko — no i smutno, przykro, nieznośnie...
Tak schodzi noc cała, tak schodzą wszystkie prawie — a ja... ja płaczę rano z żalu, że już przeszła, już niewiele tych nocy. Przyjdzie jedna, którą spędzę w mroźnym kościele, z zabitym trumny wiekiem na zawsze, potem spocznę tam gdzieś w ziemi głęboko, jako trup, wśród trupów, tym razem już zupełnie na zawsze... i skończy się wszystko.
Aach!...
Czemu ta Amelka nie przychodzi tak długo? Jedenasta wybiła, Stach mnie już ubrał w świeżą koszulę, posprzątał wszystko, a jej jeszcze nie ma. Pragnę jej bardzo. Nie widzieliśmy się już od roku chyba! Ona taka dobra, taka zawsze wyrozumiała i kochająca!
Wiem, że będą straszne sceny, lamenty i płacze. Ona, choć tak silna wolą, zahartowana w cierpieniu, ma za wrażliwe serce, żeby się mogła zdobyć na spokój: kochając mnie nad życie, jak matka prawie, boć ją nam zastępowała, najwięcej może z nas wszystkich cierpieć będzie. A ja się teraz boję wszystkich łez i wybuchów. Nie mam już czym kochać nawet. Skołatany, rozbity umysł nie słucha rozkazów serca. Mogę ją źle przyjąć, zadrasnąć czymkolwiek. Moje zgryźliwe usposobienie potrafi z byle błahostki wysnuć nitkę jadu.
wieczorem
Z przyjazdem Amelki rozjaśniło mi się jakoś wszystko dokoła. Już nie umrę jak nędzarz ostatni. Nie wiem dlaczego, pomimo że mnie Stach i Zosia nie opuszczali dotąd ani na chwilę, nie mogłem się oprzeć uczuciu jakiegoś osamotnienia oraz braku opieki i troskliwości. Zdawało mi się ciągle, że jestem rzucony gdzieś w pustyni, gdzie nie ma ludzi i współczucia. Amelka wszystko to rozproszyła. Jej umiejętność obchodzenia się z chorymi, doświadczenie, a może i ten stygmat trosk, jakie przeżyła, czynią z niej prawdziwie idealną opiekunkę innych cierpiących.
Zosia — to dziecko jeszcze, naiwne, niedoświadczone, roztrzepane; Stach — choć to serce złote też niepodatne do subtelnych uczuć, oni nie potrafili wejść w moją duszę i zrozumieć tego, co się w niej odbywa. Wreszcie kochają się nawzajem, a to już dostatecznie wypełnia im życie. Rządzą się tylko pierwszym uczuciem, przerzucając się sercem z jednych skrajności do drugich. Potrafią tak dobrze śmiać się, jak płakać, byle tylko był do tego bodziec zewnętrzny. To mnie rozstrajało najwięcej. Ja panowałem nad nimi, nastrajając w jedną lub w drugą stronę, zawsze pewien skutku. Grałem na ich nerwach, jak mi się tylko podobało, nie czując żadnego hamulca. A że każde wirtuozowstwo męczy, więc i ja się tym wytrawiałem.