Amelka — to zupełnie co innego. Ona jest zawsze sobą, nastraja się sama i nastroju tego innym udzielić potrafi. Już nie ja nią, ale ona mną rządzi, słodyczą swą i dziwną powagą zmuszając do uległości. Przez te kilka godzin zdążyła już uczynić się niezbędną dla mnie. Wszystko przez jej ręce przechodzi, wszędzie jej pełno — a jednak umie się jakby unicestwiać zupełnie, choć czuje się jej obecność. Sam nie wiem, czemu tak ulegam jej wpływowi — to uznaję tylko, że mi z tym dobrze i nad wyraz błogo. Już zdążyła wymóc na mnie kilka ustępstw dobrotliwym swym uśmiechem i przekonywającym słowem, to odradzając palenie papierosów, to prosząc, potulnie prawie, a jednak stanowczo, o przyjęcie lekarstwa, jak przeczuwałem, nie obeszło się bez płaczu i łkań przy powitaniach. Amelka jednak z zadziwiającą przenikliwością i taktem potrafiła skierować we właściwą stronę nadciągającą burzę. Nadmierne podniecenie nerwowe, zamiast wybuchnąć rozpaczą lub zgryźliwością, spłynęło spokojnie w cichej skardze, wyszeptanej drżącymi ustami.
Kiedy weszła z Zosią, i rozbierając się, patrzyła na mnie z jakimś smętnym uśmiechem, od razu uczułem dziwną ulgę, jakby uspokojenie, że nie będę już odtąd samotny, bo ona mi te resztki życia rozjaśni. Uniosłem się na łóżku, wyciągając do niej ręce, jakbym matkę witał. Amelka zbliżyła się szybko i, nie dając mi przyjść do słowa, zaczęła ściskać i obejmować z całej siły. Coś mnie w gardle dławiło. Chciałem mówić, płakać, choćby jęknąć wreszcie, i nie mogłem. Czułem jej pocałunki po całym ciele, byłem nimi zasypany po prostu. Ona walczyła ze łzami i jej gardło nie chciało przepuszczać głosu. Wymawiała jakieś głoski bez treści, raczej jęki niż wyrazy, a sylaby nie chwytały się jedna drugiej. Wreszcie zrobiłem wysiłek i wyjąkałem:
— Widzisz, Amelko, widzisz, co się ze mnie zrobiło!
Zacząłem drżeć strasznie. Całe ciało dygotało mi jak w febrze. Jej się wydarł jeden przeciągły jęk z piersi i zamilkła zupełnie. Wycieńczony, osłabły do ostatka, zsunąłem się na łóżko, nie mając już siły nawet myśleć o czymkolwiek. Amelka prędzej zapanowała nad sobą. Zaczęła się krzątać około mnie, to poprawiając poduszki, to mówiąc mi coś po cichu. Od razu zapanowała nade mną i nad wszystkimi. Nie potrzebowałem mówić, ażeby mnie zrozumiała. Odgadywała moje spojrzenia, przeczuwała życzenia, spełniając wszystko dziwnie spokojnie, bez szmeru, z anielskim uśmiechem poświęcenia na ustach. A później, kiedy już przeszło moje osłabienie, kiedym zaczął uczuwać niesmak i jakby skrępowanie po tym, co zaszło — jak się zwykle kończą dla mnie tego rodzaju sceny — ona usiadła przy mnie na łóżku i, całując mnie w głowę, zaczęła się dopytywać, co cierpię, co mi najbardziej dolega. Ten pocałunek serdeczny, a zarazem dziwnie poważny, ukoił mnie najwięcej. Cicho, bez łez, bez wyrzekań, spokojnie wylałem w słowach wszystko, co mi ciężyło na duszy. Ona mnie rozumiała...
10 kwietnia
Dziś Palmowa Niedziela. Od rana jestem w najlepszym humorze. Amelka przyszła dziś bardzo wcześnie, a jednak nie mogłem się jej doczekać. Przywitałem ją takim uśmiechem utęsknienia, a zarazem radości, że mi się samemu dusza rozjaśniła od tego szczęścia. Dawno już nie miałem takiego zadowolenia, jak dziś.
Amelka przyniosła mi małą palmeczkę i zawiesiła nad łóżkiem, jakaś świeżość wiosny powiała mi z listków tej palmy. Ucieszyłem się nią jak dziecko małe. Zapomniałem o chorobie, o śmierci i o wszystkich cierpieniach. Spoglądam też ciągle na te gałązki bukszpanu, czerpiąc z nich otuchę i wesele.
Amelka wiedziała, czym mi dogodzić potrafi. Sam sobie się dziwię, skąd tak nagła teraz we mnie zmiana. Śmieję się jak żak szkolny, Stachowi i Zośce figlów kilka wypłatałem, Amelkę raz po raz po rękach całuję — a oni też, widzę, weseli jakoś wszyscy. I z czego?
Przecież nic się nie zmieniło; co przyjść miało, przyjdzie, a jednak...
Wreszcie, co mi tam. Na co się bawić w dociekania, kiedy mi i tak dobrze. To Amelka, to ona tyle ciepła rozprasza dokoła. Jej obecność jest mi już tak niezbędna, że mimo woli gonię ją wzrokiem po pokoju, żeby na chwilę sprzed oczu nie stracić. Dosyć mi jest czuć ją przy sobie, trzymać jej rękę, ażeby się uspokoić i rozproszyć ponure myśli. A ona wie już o swoim wpływie na mnie. Z jej uśmiechu, z jakim się do mnie zwraca, ciągle widzę, jak dalece pewna jest siebie. Wzięła mnie też w zupełną kuratelę. Robię wszystko, co tylko każe, ani próbując się sprzeciwiać. Pewna jest, że się jej nie oprę w niczym. Do tego doszło, że ona już trzyma u siebie papierosy, wydzielając mi od czasu do czasu po jednemu; a jeśli na moją najpotulniejszą, wprost dziecinną prośbę odpowie: „Nie można, kochanku” — ja powtarzam tylko: „A, jak nie można, to co innego” — i koniec.