Dzień wczorajszy był dla mnie prawdziwym dniem pożegnania ze światem. To, co było wczoraj, już się nie powtórzy nigdy; wiem o tym i dlatego z rozkoszą wspominam o każdym szczególe. A był to dzień piękny. Już od dziesiątej byłem otoczony wszystkimi. Spokojnie, nawet wesoło, zaczęliśmy się dzielić jajkiem. Ja mówiłem dużo, życząc im szczęścia i zdrowia na całe życie. Mnie nikt niczego nie życzył, bo nie było czego. Całowali mnie tylko, siląc się na spokój. Tylko Zosia zapłakała. Potem jedliśmy święcone. Dzięki staraniom Amelki było wszystkiego po trochu, nawet wina butelka. Wdzięczny jej byłem za to, że się tak starała uczynić zadość wszystkim tradycjom. Dawniej śmiałem się z tych uroczystości obżarstwa; wczoraj śledziłem z niepokojem, czy czasem nie opuszczono jakiego szczegółu. Chciałem pożegnać nawet słabostki świata, dlatego że są uświęcone wspomnieniami. Amelka wiedziała o tym. Mnie nie o jedzenie chodziło przecież: i tak nic nie jadłem; szło mi o zwyczaj, o pamiątkę, o wyzyskanie prawa korzystania z życia. Cały świat robił toż samo; dlaczegóż bym ja miał odróżniać się od niego? Przecież żyję jeszcze. To jeszcze jakąś rozkoszą mnie napawało. Z początku tylko Amelka była wesoła. Może udawała, ale dobrze zrobiła. Ja jej starałem się dopomagać, całymi siłami poddając się sztucznemu z początku nastrojowi wesela. Wiedziałem, że gramy komedię, ale i to mnie zadowalało. Wkrótce jednak i udawać nie trzeba było. Na moje uparte nalegania cała butelka wina wypróżniła się szybko. Stach, jako niepijący, wymawiał się przy pierwszym kieliszku, ale potem sam z jakąś natarczywością dopominał się ciągle i pił jeden po drugim. Chciał zalać robaka. Ja piłem także, zmuszając do tego Amelkę i Zosię.

Zrobiło się naraz gwarno i wesoło. Ja mówiłem najwięcej. Upajałem się po prostu tą ogólną wesołością, jaka zapanowała, ciągle pamiętając, że się już śmieję po raz ostatni w życiu.

Tak zeszło godzin kilka. Wreszcie, znużony, zasnąłem na kilka godzin. Przez czas mego snu urządzono mi niespodziankę, najprzyjemniejszą, najrozkoszniejszą dnia tego. Amelka, korzystając z zamiaru p. Sawickiej spędzenia całego wieczoru poza domem, prosiła ją o pozostawienie salonu do naszej dyspozycji. Wobec chętnego jej zezwolenia zakrzątnięto się około przygotowań. Zosia pobiegła do siebie po nuty, Stach naznosił skądś doniczek z kwiatami i obstawił nimi dokoła cały fotel, na którym miałem siedzieć, Amelka zajęła się przygotowaniem kolacji.

Kiedym się obudził o siódmej wieczorem, wszystko już było gotowe. Stach wziął mnie na ręce, przeniósł do salonu i usadowił w fotelu, okładając ze wszystkich stron poduszkami.

Dziwna rzecz — już sam ten wielki salon, umeblowany elegancko i oświetlony lampami i kinkietami, już sama ta zmiana otoczenia, w jakiej się znalazłem, wywarła na mnie ogromne wrażenie. Po dwóch miesiącach leżenia wśród tych ścian czterech, gołych, aż do rozpaczy jednostajnych, znienawidzonych w godzinach nocy — cóż dziwnego, że taka błahostka, jak znalezienie się w innym pokoju, podziałała na moje nerwy. Wszystko mi się jakimś nowym, niezwykłym wydało. Patrzyłem na obrazy, na fortepian, na meble, jakbym je pierwszy raz w życiu oglądał.

Oni rozmawiali z sobą, mówili coś i do mnie, alem ja nie mógł oderwać uwagi od wzroku, jakiś marsz czy polonez odegrany przez Zosię też nie mógł mnie wyrwać z tego osłupienia.

Tak zeszło z pół godziny.

Im ciężyć musiał ten mój spokój niepojęty, dlatego też wcześniej, aniżeli w programie było ułożone, zasiedliśmy do kolacji. Teraz dopiero miałem sposobność podziwiania Amelki. Skąd ona nabrała tego wszystkiego, co się znalazło na stole? Jedzenia, co prawda, nie było wiele: dla mnie befsztyk, dla nich zimne mięsiwa — ale za to talerzyków, talerzy, spodków, nożyków, podstawek, szklanek, kieliszków — cała wystawa. Stół był kompletnie zastawiony tym wszystkim. Cały kredens p. Sawickiej musiał być wypróżniony. Czułem to dobrze, że Amelka w ten sposób chciała uświetnić tę uroczystą chwilę, i wdzięczny jej byłem za to.

Rzeczywiście, wszystko miało pozór niezmiernie uroczysty. Zasiedliśmy jak do uczty. Amelka, nadrabiając miną, odgrywała rolę gospodyni domu, umyślnie przesadzając trochę. Mieliśmy się bawić, jak dzieci, w gości i gospodarstwo, żeby choć sztucznie wywołać odrobinę humoru. Ale ja byłem poważny. Czułem jakieś skrępowanie, rozumiejąc dobrze, że cała ta maskarada została obmyślona tylko dla mnie, tylko dlatego, żebym ja w nią uwierzył. Chciałem udawać, że się poddaję temu zdziecinnieniu, chciałem, by wierzyli, że ja wierzę — lecz nie mogłem. Kiedy oni wysilali się na wesołość i podtrzymanie rozmowy ze mną, ja z zajęciem śledziłem wszystkie szczegóły nakrycia.

Więc tak wygląda podstawka? Dobrze, trzeba to zapamiętać. Więc tak się ustawia serwis na stole? Żeby tylko nie zapomnieć! Więc tak się odbija białość obrusa na twarzach siedzących? Więc tak się jada kolację? Żeby to tylko spamiętać dobrze! żeby nie opuścić żadnego szczegółu z uwagi!