Takie myśli przesuwały mi się po głowie. Nie było żadnego spojrzenia, które by nie było pożegnaniem. I z czym się żegnałem? Z podstawkami, z nożykami, z grą światła w krysztale, z białymi odblaskami obrusa? A jednak żegnałem się.

Było mi przyjemnie i błogo jakoś, ale zarazem niewypowiedzianie smutno.

Jeden najbardziej szczegół napełniał mnie rozkoszą.

Siedziałem!

Siedziałem razem z nimi, nie wyróżniając się niczym, równy we wszystkim im, zdrowym. To mnie w jakąś dumę z samego siebie wbijało. Wreszcie, widząc się w koszuli tylko, a ich ubranych zupełnie, zażądałem munduru.

Ubrali mnie.

Cieszyłem się jak dziecko. Ciągle spoglądałem to na moje piersi, na których błyszczały guziki, to na ręce, już teraz nie tak okropnie swą chudością rażące...

I także się żegnałem — ale teraz już z sobą samym, z sobą — jako zdrowym i żyjącym jeszcze, z sobą jako z człowiekiem, który żył, myślał i walczył, a którego nie ujrzę już więcej.

A wreszcie — tyle wspomnień związało się z tym wytartym mundurem, tyle nadziei!...

Byłem smutny. Oni wiedzieli to dobrze i tym bardziej starali się wciągnąć mnie w wir rozmowy i gwaru. Amelka umyślnie szczękała kieliszkami i talerzami, mówiła głośno, usiłując sprawiać jak najwięcej hałasu, byle tylko ożywić ten ogromny salon i zapełnić choć zgiełkiem. Sama dolewała nam wina, udawała podchmieloną i zachęcała wszystkich do picia. Ja piłem chciwie.