A jednak nie szło nam jakoś. Wszyscy chcieliśmy powrotu rannej wesołości — ale może właśnie dlatego, żeśmy chcieli, nie mogliśmy się jej dobić. Niby było wesoło, ale już jakiś cień skrępowania i musu zakradł się między nami. Ja zanadto chciałem badać wszystko i wyzyskać każdy drobiazg, ażebym się mógł dać porwać wrażeniu.
W końcu wstaliśmy od stołu, nie wiedząc dobrze, co robić dalej. Zosia dopiero przyszła nam w pomoc i jej zawdzięczam te kilka chwil boskich, jakie miałem wczoraj. Zawsze zachwycała mnie swoją grą, ale tu dała już koncert prawdziwy.
Wysunięty z fotelem na środek salonu, wsparty wygodnie na poduszkach, poddałem się zupełnie wpływowi muzyki. Co grała Zosia, nie pamiętam dobrze. Nie słuchałem wcale, tylko słyszałem, a myśli moje zespalały się z muzyką i były nią samą. Śród tego mnóstwa znajomych mi melodii — bo Zosia umyślnie wybierała moje najulubieńsze — rozróżniałem tylko Fantazję Leybacha, Księżycową sonatę i Stabat Mater Rossiniego.
Ile czasu tak zeszło, nie pamiętam zupełnie.
Zatopiony w tej powodzi tonów, owładnięty całkowicie ich czarem, o niczym nie myślałem: czułem tylko. Nie tylko Zosia grała — grała cała dusza moja. Myśli, jeśli to myślami nazwać można, były tylko oddzielnymi tonami jakiejś jednej przecudnej symfonii, w której rozpływałem się cały. Słów tam nie było zupełnie, nawet pragnień lub wrażeń. Unosiły mnie gdzieś fale to wyżej, to niżej i dusza moja na skrzydłach tonów płynęła gdzieś w nieskończone przestworza, bez celu... w zachwycie... Zemdlałem.
Ocucony, nie chciałem opuszczać fotelu. Na moje natarczywe prośby Zosia znów grać zaczęła. Ale czar pierwszy już prysnął. Słuchałem jeszcze chciwie, ale już nie mogłem nie myśleć. Myśli biegły wciąż za tonami, lecz nie zespalałem się z nimi. Czułem, że istnieję.
Nastrój tylko muzyki udzielał się myśleniu. Początkowe skoczne melodie rozwiały wszelkie ślady przygnębienia. Rozmawiałem z Amelką i ze Stachem zupełnie swobodnie, jakbyśmy się zebrali rzeczywiście tylko dla zabawy. To była najweselsza chwila z całego wieczoru. Jedynie wąchanie eteru i nacieranie skroni kolońską wodą zwracały mnie na chwilę do zwykłych, ponurych myśli.
Znów zeszła z godzina może. Zosia wciąż grała.
Wreszcie kujawiak Łady42 skierował nasze usposobienie na nowe tory. Ta smutno-taneczna melodia owiała nas jakimś smętkiem i melancholią. Zamilkliśmy wszyscy, ażeby się narkotyzować muzyką.
Zosia, widocznie ulegając swemu chwilowemu nastrojowi, zaczęła wybierać sztuki coraz poważniejsze i rzewniejsze, ja smutniałem coraz bardziej. Jakaś dziwna tęsknota, czy żal, przepełniała mi serce. Jękliwe tony fortepianu akompaniowały mym myślom.