Znów śmierć stanęła przede mną; ale już nie ta przerażająca, straszna — tylko kojąca i upragniona. Nie bałem się jej. Gdyby mi w owej chwili ofiarowywano życie, może bym go się był wyrzekł, właśnie dla tej śmierci, uciszającej wszystkie bóle i trwogi tego świata.
Tylko było mi smutno, niewypowiedzianie smutno.
Coś mi piersi gniotło i nawet jęknąć nie pozwalało. Wreszcie oklepana melodia sentymentalnej piosenki „o! gwiazdeczko, coś błyszczała” wycisnęła mi łzy z oczu. To mi matka zawsze śpiewała...
Nie łkałem, nie płakałem nawet. Łzy mi same po twarzy spływały, jakieś wielkie... gorące...
Wszyscy uklękli wkoło mnie, całując mi ręce.
Czułem, że to ostatnie z nimi pożegnanie...
Prosiłem ich o przebaczenie za wszystko, pocieszałem, wskazując na Stacha jako mego następcę w ich sercu... Oni strasznie płakali... Mówiłem wszystko szczerze, jak mi wprost z serca biegło. Stacha i Zosię złączyłem razem, upominając, by się kochali zawsze. Prosiłem, by na grób mój przyszli czasem... Starą Piotrowę, niańkę naszej matki, którą wspomagałem, jak mogłem, też ich pamięci poleciłem, by głodu nie zaznała. Ale na grób, na grób mój, ciągle prosiłem, by przyszli... Mówiłem, że ich widzieć będę...
A potem płakaliśmy jeszcze długo...
19 kwietnia
Dogasam już widocznie. Dziś przypatrywałem się słońcu tak, jakbym go nie miał już zobaczyć więcej.