Ach, to straszne będzie!... Chcieli dziś, ledwiem do jutra odłożył... Czyżby już tak, tak źle ze mną było? Sam siebie wciąż śledzę, by nie popaść w niepamięć. Więc to tak się umiera!... Mnie ciężko tylko i myśleć mi się nie chce... Ale jestem przytomny...
A to jakiś sławny katecheta, protektor studentów, pobłażliwy. Stach mu wszystko opowie; niech wie, niech już będzie przygotowany. A nie zechce, nie przyjdzie... żaden nie przyjdzie. Ja tylko pod tym warunkiem uległem. Ale Stach ręczy, że i tak można... Bo ja kłamać nie mógłbym przed krzyżem...
I czego oni chcą jeszcze? Kogo myślą oszukać? Czy taka spowiedź przyda mi się na co, gdyby tam rzeczywiście coś było?
I po co mi było do nóg padać, stopy całować?...
22 kwietnia
Teraz już mogę spokojnie umierać: to on, to kapłan mi to powiedział... Jestem spokojny, nawet szczęśliwy może... O! to jego dzieło! Nie pojednał mnie z Bogiem, bo nawet nie próbował tego: pojednał mnie tylko z sobą samym i dał rozgrzeszenie świata... Zakończyłem już wszystkie rachunki...
A tak go się bałem!!...
„Mój synu!” — powiedział. Dlaczego nikt tak do mnie nie mówi? Ja go w ręce całowałem, na piersi mu padłem...
„Mój synu!”
Tak, powiedział: „Mój synu”! A ja płakać zacząłem i strasznie, strasznie płakałem...