Gdyby z jednej strony mniej nadmiernej pruderii i nieświadomości, z drugiej więcej przyzwoitości i delikatności uczuć wyrabiać? Gdyby w pojęcia jednej strony więcej wprowadzić tolerancji, a pojęcia drugich troszkę uszlachetnić, podnieść i oczyścić?

Nie chodzi mi wcale o przyczernianie obrazu istniejących stosunków. Wiem, że i przy obecnym trybie wychowania spotyka się dość dużo małżeństw zgodnych i przykładnych, że nawet zdarza się widzieć małżeństwa szczęśliwe, czasami nawet tak szczęśliwe, jak mogłyby być w lepszych warunkach wszystkie te, które nie interes, lecz miłość kojarzy.

Któż może twierdzić, że sztuka umiejętnego postępowania z ludźmi żadnemu mężczyźnie na nic się nie przyda? Że takt, delikatność, wyrozumiałość, współczucie psychologiczne nie ułatwiłyby mu nieraz wybrnięcia z kłopotliwej sytuacji? A przede wszystkim przecież, jeżeli w kobiety przeznaczeniu leży zostać żoną, to i mężczyźnie w większości wypadków trafi się być mężem, inaczej nie pojmuję, jak mogłyby kobiety przeznaczenie swe spełnić. Statystyka wykazuje, że dla mężczyzny szanse są jeszcze większe.

Dlaczegóż, kiedy dziewczętom aż do znudzenia o ich przyszłych mówimy obowiązkach, chłopcom nikt o przeznaczonej im roli nie mówi? Może oni żadnych moralnych kwalifikacji do nich nie potrzebują, są dobrymi mężami z intuicji, z natchnienia?

Gdyby i tak bywało niekiedy, to jednak praktyka okazuje, że trafia się częstokroć inaczej, a ponieważ warunkiem szczęścia małżeńskiego jest nie tylko dobra żona, lecz i mąż dobry, w interesie społeczeństwa należałoby może i z tej strony podeprzeć ową podwalinę społecznych związków — rodzinę.

Ci, co utrzymują, że jedynym obowiązkiem męża jest pracować na rodzinę, zupełnie są podobni do takich, którzy sądzą, że jedynym obowiązkiem żony jest robić rachunki z kucharką i oszczędnie dom prowadzić. Jedni ograniczyć pragną żonę do roli gospodyni, drudzy męża do roli wołu roboczego i zgadzać się chyba muszą w przekonaniu, że małżeństwo jest związkiem wyłącznie na materialnych opartym stosunkach.

Ponieważ większość kobiet wychodzi za mąż i większość mężczyzn się żeni, dlaczegóż postępujemy w wychowaniu tak, jak gdyby małżeństwo było wyłącznie kobietę obchodzącą instytucją? Dlaczegóż dziewczętom każemy na nie patrzeć poważnie, a chłopcom lekceważyć je pozwalamy? Dlaczegóż dla córek naszych ma ono być powołaniem, dla synów nieprzewidzianym wypadkiem?

Istotnie, mężczyźni młodzi żyją zwykle w przekonaniu, że się nigdy nie ożenią, że byłoby to z ich strony głupstwem, do którego ich chyba zbliżająca się starość i osamotnienie lub też widoki na dobry posag skuszą.

W rzeczywistości żenią się jednak dość często, dość chętnie, w niezbyt późnym wieku, a nieraz zupełnie bezinteresownie.

Taka niespodzianka trafia się bardzo wielu i tłumaczy się zupełnie wyjątkowymi okolicznościami, niestanowiącymi bynajmniej ostrzeżenia dla drugich, którzy znowu śmieją się z małżeństwa póty, póki się ze swej strony w wyjątkowych okolicznościach nie znajdą. Żenią się dla majątku, czasem dlatego, że im się żywot kawalerski przykrzy lub osamotnienie ich znudzi, jednakże wielu częściej, niżby się sami spodziewali, z miłości.