Tego tylko strzec należy usilnie, aby dzieci, rozumując, rozumowały nie o słowach, lecz o faktach, o rzeczach przeżytych lub co najmniej żywo odczutych.

Niech się uczą zastanawiać nad tym, co robią same lub co się wobec nich dzieje, nad cierpieniami, błędami i krzywdami ludzkimi, nad tym, co łzy wyciska, śmiech lub radość budzi, nad tym, co drogie i upragnione lub co wstrętne i odrażające — ale nie nad napisaniem wzruszającego wypracowania na rzymską piątkę. Cnota powinna być dla nich świętością, którą się ani bawić, ani popisywać nie wolno.

W jaki zatem sposób uczyć dzieci dobrego?

Odpowiedź prosta: przyzwyczajać do dobrego postępowania!

Dzieci powinny nabierać wprawy w dobrych uczynkach, począwszy od najwcześniejszego dzieciństwa, a nakłaniać je do tego można nie tyle nawet przez słowną zachętę, ile przez przykład i sugestię.

Mówiąc o dobrych uczynkach, nie mam wyłącznie na myśli uczynków miłosiernych, lecz w ogóle zacne i szlachetne postępowanie.

W tym kierunku robi się w rodzinie stanowczo za mało, a to, co się robi, robi się przeważnie źle.

Na razie zaznaczę tu jeden błąd wychowawczy. Nieomal cały kodeks moralny dziecka na wzór kodeksu prawnego złożony jest z samych przeczeń: „Nie krzycz”, „Nie grymaś”, „Nie bij siostry”, „Nie dokuczaj słudze”, „Nie niszcz ubrania”, „Nie psuj zabawek”, „Nie budź taty” itd., itd.

Oto mniej więcej przykazania, które staramy się od rana do wieczora utwierdzać w głowie dziecka. Jeżeli zaś zmęczony ciągłymi zakazami malec zbliży się do mamy i spyta: „Co mam robić?”, nieraz usłyszy w odpowiedzi: „Nie nudź mnie”. Więc znowuż przykazanie w formie przeczącej!

Ta moralność zatem, którą dom od najwcześniejszego dzieciństwa w nas wpaja, jest prawie wyłącznie negatywna i to póty, póki nie wejdziemy w okres szkolny, kiedy to posłyszymy po raz pierwszy przykazanie pozytywne: „Ucz się”.