Nie wymagamy nieomal niczego innego prócz panowania nad sobą. A jednak rezultaty są w ogóle liche.

Dzieje się tak po prostu dlatego, że zasadę panowania nad sobą bierzemy czysto formalnie, nie wnikając w jej treść.

Czy chodzi tu o to, żeby tłumić i unicestwiać wszystkie wrodzone instynkty, panować nad przywiązaniem do matki, upodobaniem do porządku, zamiłowaniem do matematyki?

Bynajmniej! To znaczy tylko dawać stale przewagę swoim dobrym skłonnościom nad złymi. Jeżeli zaś nic nie czynimy dla spotęgowania, rozwinięcia i ustalenia skłonności dobrych, jeśli zamiast uczynić z nich dla dziecka stałą wewnętrzną dźwignię moralną, zawsze podstawiamy w jej miejsce zewnętrzną podporę naszych praw i przepisów, naszej woli i nakazów, to w czymże ono ma znaleźć oparcie, w czym siłę do zwalczenia swego gorszego ja, gdy nasza władza i opieka ustaną?

Pośpieszam dodać: prawa i przepisy są konieczne, ważne, niezbędne, powinny być nawet stałe i niewzruszone — ale pozostaną zawsze tylko środkiem tymczasowym.

Trzeba o tym zawczasu już pamiętać, by przygotować w duszy to, co je z czasem zupełnie zastąpić musi — dobrą wolę — sumienie.

A zatem trzeba w dziecku od pierwszych chwil życia wyrabiać sumienie, tj. stałą miarę moralną do ocenienia wszystkich swoich i cudzych uczynków, własnych ukrytych intencji i społecznych zjawisk.

Taką miarę moralną stanowić muszą pewne ogólne, niewzruszone zasady, w świetle których na świat patrzymy; nie zasady drukowane, pisane, wygłaszane, lecz zasady wcielane w życie, słowa, które stają się ciałem! Jeżeli dziecko ma się nimi przejąć, zgodnie z nimi żyć, musi zawczasu przywykać do tego, że one nie są martwą literą, musi się wciąż z nimi w praktyce, w wykonaniu spotykać.

Nie to, co starsi mówią, lecz to, co robią, jest dla dziecka nauką życia.

Ale tu zjawia się najpoważniejsza trudność.