by zdjąć ustami wiśnię z drzewa, gdy nogi idą dalej,
więc on przytrzymuje ją z tyłu. Zewnętrzny pozór,
brud gasi już nawet światło tych pojedynczych gestów,
lecz miło ulegać nowym perspektywom
na serpentynach: zobaczyć od spodu czyjeś życie wczepione
w spad góry, z detalami odłożonych narzędzi i suszących się ubrań,
zajrzeć do wózka kołyszącej go zniszczonej kobiecie wypluwającej robaczywy kęs jabłka
poniżej. Blisko, zupełnie inaczej, niż w oczach chłopca
mającego świat u stóp, gdy stoi na moście
szykując się do skoku dwadzieścia metrów w dół,