coś koło tysiąca stron.

I przyrządzając, zależnie od majętności,

pot-pourri z frutti di mare albo grochówkę z proszku,

otworzy książkę przypadkiem

akurat na moim wierszu (przypadek to mój jedyny

sprzymierzeniec w niepewnej krainie przyszłości).

Pięć sekund zamyślenia i słabość w ręce kręcącej

łyżką młynki w naczyniu, o ile słabość przetrwa.

„Czytelnik”, mój jedyny. I to będzie jedyny

całej tej pisaniny, mówiąc wulgarnie, sens.