na Mszę, ze święconką w plecionych koszyczkach

jak z chorym kotem, uważne. Wilgotne zatoki zmierzchu,

punkcje halogenów. Kubistyczny kościół jak makieta rakiety

oświetlona od wewnątrz, odłączam rzężącą prądniczkę,

żeby usłyszeć pół zdania od dowódcy lotu: to noc

rozerwania potęg

zła i ciemności, śmierci i grzechu. Tak?

Rozbijamy namiot, nad nami okrągłe

odblaskowe światło księżyca. Wodne ptactwo jęczy

na sto sposobów, z oddali słychać co trochę