przestawia taksometr na metrum heksametru.

Wycieraczka maże nocne pejzaże malowane na szkle,

w torbie na kolanach list Magdy. „Twoja ruda zdobycz”,

tak się podpisała. „Ale ekstra widać tę kometę,

nie? Szkoda, że teraz pada”. Łypie we wsteczne lusterko, widzi, że szkoda gadać,

sapie i skupia się na skrywanej radości z niezłego kursu nad ranem.

(Ta kometa, fakt. Z grubym rudym warkoczem, doskonale widoczna.

Pod przybranym imieniem zachłannych Ojców chrzestnych,

Hale’a i Boppa, mknie przez warstwy kosmosu płonąc, płonąc, płonąc.

Przyznaję, też lubię wieczorem wyjść z domu i się gapić.