łołłołach, brumbrumach, ciufciach i kwakwach.
Radio całą dobę
nadaje komunikaty. Powódź pięćsetlecia. Wciąż mkną iju-iju
i śmigłowce kołują nad rozlewiskami. Woda coraz wyżej,
na mostach kolejowych zaparkowano krowy i po raz pierwszy zbratane
z nimi błyszczące auta, rosną góry gnoju.
Czas próby. Pedałuję powoli wzdłuż wsi, rowerem w wodzie po osie.
Potwierdza się, co już wiedziałem: wątły był
każdy fundament. Żadne obwałowania. Przegrałem.
Nic nie znaczyłem (Lidka: „nie możesz mnie nawet