A bywało inaczej. Mruk lodówki i takt zegara

nie wystarczały, czasem i psa było mało.

Zbędny, nosiłem w gardle globus histericus,

trującą tabletę, która uwięzła w pół Drogi. Dzisiaj, cóż, tak wiele mnie

nie dotyka, że mógłbym pracować w cyrku

jako ten, obok którego wirtuoz ciska nożami. Dzisiaj wiem:

o czym innym marzyłem. Mieć w sobie wieczny zapłon,

eolską harfę w piersiach, ciągłą gotowość, by biec,

prozac życia. Jak święty, który oszukał, chodzę w aureoli

noży, które drżą jeszcze wokół znudzonej głowy, precyzyjne chybienia.