rozkazuję się cofnąć, napompować wszystkie
tamte gumówki, uformować kolejki z fur, których już nie ma,
teraz jestem prawdziwy, błyska nade mną światełko.
Chwytanie powietrza
„Dziadku Mietku! Dziadku Mietku!” — wołanie Dawida
rozkrawa mi pierś jak krajzega. Posypany trociną
mój „tatuń” podnosi nieśmiałe oczy znad maszyny.
Już wczoraj patrząc z Drogi w oświetlone okno,
widziałem, że jest stary. Pisał coś w zamyśleniu, z okularami na nosie
jak człowiek uczony. Teraz widzę po stole, że rozwiązywał krzyżówki.