Gdy nadeszła pora snu, gość wyciągnął się na ławie i podłożył worek pod głowę. Gdy karczmarz sądził, że tokarz już śpi, zaczął mu ostrożnie wyciągać worek spod głowy, chcąc mu podsunąć inny, podobny. Ale młodzieniec czuwał i tylko na to czekał. Gdy karczmarz śmielej szarpnął, zawołał:
— Bij, kiju-samobiju!
Kij wyskoczył wnet z worka i począł okładać złego karczmarza. Karczmarz krzyczał i błagał o litość, ale kij nie zważał na nic, aż łotr padł wreszcie wyczerpany na ziemię.
Wówczas tokarz rzekł:
— Jeśli nie oddasz natychmiast cudownego stolika i złotodajnego osiołka, taniec rozpocznie się na nowo.
— Zlituj się! — zawołał karczmarz — oddam ci wszystko, tylko uwolnij mnie od tego przeklętego kija.
— Dobrze — odparł tokarz — okażę ci łaskę, ale strzeż się na przyszłość!
Po czym zawołał:
— Dość już, kiju-samobiju! — a kij wnet powrócił do worka.
Nazajutrz wyruszył tokarz ze stolikiem i osiołkiem w dalszą drogę, a koło południa przybył do domu ojca, który, po serdecznym przywitaniu, zapytał i jego, jakiego rzemiosła się nauczył.