— Kobenhavn — Muskvas — Petersburg — Rusland — Sibirien — Amerika. — Kopenhaga... — Moskwa... — Petersburg... — Syberia — Ameryka? — powtarzał niedowierzająco. Celio, na miłość boską, wyjaśnij mi to, bo zwariuję naprawdę! Przecież niepodobna uwierzyć, abyś z Kopenhagi przyjechała sobie tak po prostu przez całą Rosję i Syberię, aż do Kanady, aby ostatecznie dostać się w ręce tego szaleńca, wśród pustkowi Barrenu, z dala od świata i ludzi! To niemożliwe! Musi to być jakieś nieporozumienie! Czekaj, zobaczymy zaraz...
Przypomniał sobie, że ma w kieszeni mały podręcznik geograficzny, jaki noszą wszyscy funkcjonariusze policji. Na końcu podręcznika znajdowała się mapa całej kuli ziemskiej. Rozłożył ją przed Celią, która po chwili szukania małym paluszkiem wskazała na Kopenhagę. Pochylił się nisko nad jej głową, by lepiej widzieć. Ach, z jakąż ochotą schowałby swą twarz w te jej miękkie, złociste włosy! Z jaką rozkoszą ująłby tę główkę w swoje dłonie!
W gruncie rzeczy wszystko było mu jedno w tej chwili, czy ona pochodzi z Kopenhagi, czy spadła z księżyca. Najważniejsze, że znalazł ją. Skakałby po prostu z radości, jak podróżnik, któremu udało się odkryć nieznane krainy i objąć je w swoje posiadanie. Ale pohamował się i powstrzymując oddech, wodził wzrokiem po mapie i małym paluszku poruszającym się na niej.
Z Kopenhagi paluszek przesunął się na Moskwę, stamtąd na Petersburg, a potem powoli wędrował po mapie przez Rosję, Syberię, aż do cieśniny Beringa.
— Skunnert... — dodała cicho w formie objaśnienia.
Oparła paluszek na mapie w tym miejscu, gdzie widniała duża, zielona plama; była to Alaska.
Zawahała się przez chwilkę. Widocznie starała się przypomnieć sobie, jaką drogą mogła stamtąd iść dalej. Mapa nie mogła jej być w tym pomocna. Po krótkim namyśle ujęła Filipa za rękę, podprowadziła go do okna i wskazała na wilki. A zatem: Alaska... potem wilki, względnie psy... i sanki.
Filip nie posiadał się z radości. Przytakiwał jej głową z zadowoleniem. Zrozumiał wszystko: nazywa się Celia Armin, pochodzi z Kopenhagi. Przyjechała na Alaskę, a stamtąd puściła się saniami w dalszą drogę.
Teraz starała mu się wyjaśnić powód swej podróży i okoliczności, wskutek których dostała się w ręce Brama Johnsona. Odwrócona plecami do okna mówiła żywo, gwałtownie, niemal ze szlochem, pod wpływem ogarniającego ją wzruszenia. Opowiadała mu, to było zupełnie widoczne, całą przeżytą straszną tragedię, której Filip już od pierwszej chwili po trochu się domyślił. Mówiła długo, załamując rozpaczliwie ręce. A kiedy wreszcie skończyła, zasłoniła rękami twarzyczkę, wybuchając spazmatycznym szlochem.
Zza okna doleciał ich ordynarny szaleńczy śmiech Brama.