Śmiech ten brzmiał w uszach Filipa niby krwawa obelga. Krew zawrzała mu w żyłach. Jednym susem podskoczył do pieca, wyciągnął z niego duże płonące polano — po czym podbiegł do drzwi, otworzył je gwałtownie i wypadł przed domek.
Pobiegł za nim straszny, rozpaczliwy krzyk kobiety, krzyk, w którym brzmiała gorąca prośba. I ujrzał równocześnie całą hordę wilków, które zbite w jedną gromadę pędziły ku niemu z drugiego końca zagrody. Tym razem Bram Johnson nie powstrzymywał wilków, lecz stał spokojnie, obserwując całą scenę. Widząc ten straszny widok, Celia krzyknęła głośno i rozpaczliwie. Odpowiedział jej ponury śmiech człowieka-wilka.
Filip nie stracił głowy na widok niebezpieczeństwa. Zakręcił płonącym polanem młynka ponad głową i z całym rozmachem cisnął je między pędzące bestie. Między wilkami powstało zamieszanie. Filip skorzystał z okazji, obrócił się i wpadł do izby. Błyskawicznie zamknął za sobą drzwi, a Celia natychmiast zasunęła skobel.
Czas już był najwyższy, bo w parę sekund później wilki dopadły drzwi. Zatrzęsła się cała chata pod ciężarem ich cielsk. Słychać było kłapanie szczęk i groźne pomruki za drzwiami. Spojrzał na Celię. Była blada jak trup, trzęsła się cała, daremnie usiłując ukryć trwogę i wzruszenie.
Filip zrozumiał teraz całe szaleństwo swego postępku i myśli Celii. Gdyby wilki dopadły go, on zginąłby, a ona straciłaby ostatnią deskę ratunku. Pochylił się do niej, przytulając do siebie twarzyczkę, na której wykwitł słaby uśmiech.
— Celio — mówił ochrypłym nieco głosem, ściskając mocno jej drobne rączki — Celio, ty moja maleńka tajemnicza dzieweczko, wiesz, jestem prawie szczęśliwy, że nie możesz rozumieć tego, co ci mówię, bo z pewnością wyśmiałabyś mnie tylko. Znam cię dopiero od dziś rana. I już cię pokochałem. Żadna kobieta w moim życiu nie zrobiła na mnie tak silnego wrażenia jak ty. Żadnej jeszcze tak nie pożądałem. Kocham cię, a tyś powinna wiedzieć o tym. Nie uwierzyłabyś w tak gwałtowną, nagłą miłość — uważałabyś mnie za drugiego Brama Johnsona.
Spoza drzwi dochodził glos Brama; mówił coś do wilków w narzeczu Eskimosów, odpędzał je od drzwi, pod którymi się skupiły. Wilki warczały z zadowoleniem. Filip puścił obie ręce Celii, podszedł do drzwi i odsunął drewniany skobel.
Bram wszedł do izby.
Filip, niepewny, co go czeka, naprężył mięśnie, gotów na wszystko. Ale ku jego ogromnemu zdziwieniu Bram wydawał się zupełnie spokojny i obojętny. Mruczał coś tylko pod nosem, z głupkowatą miną, uśmiechniętą, jakby ubawiony tym wszystkim co zaszło. Celia wpiła się paznokciami w ramię Filipa. W spojrzeniu jej malowało się przerażenie; zachowaniem Brama była widocznie silnie zaniepokojona. Nagle, nic nie mówiąc, przeszła szybko do swego pokoiku. Upłynęła jedna minuta. Bram pozornie nie zwracał wcale uwagi na Filipa, mruczał tylko coś pod nosem.
Z pokoiku wyszła Celia; skierowała się prosto do Brama. W wyciągniętej ku niemu dłoni trzymała pukiel swych złocistych włosów.