Nazajutrz rano, zanim jeszcze Celia wyszła ze swego pokoiku, Filip studiował kolejno w pamięci wszystkie wypadki ostatnich dni. Przede wszystkim, zastanawiał się, czy Bram naprawdę był wariatem? Czy też tylko udawał wariata? Jeśli Bram rzeczywiście go nienawidził, może przez długi czas taić się ze swym uczuciem, aż nagle, przy lada sposobności wybuchnie. Filip pamiętał, co kiedyś powiedział mu jeden z jego znajomych: „Wariat ma znakomitą pamięć. Skoro raz uczepi się jakiejś myśli, nie zapomni o tym nigdy; zżyje się z nią do tego stopnia, że stanowić ona będzie po prostu cząstkę jego duszy. Nienawiść do urojonego wroga kiełkuje w jego zamroczonym umyśle, by prędzej czy później wybuchnąć z jeszcze większą mocą”.

Raz już omal Bram nie zabił go. Był to, gdy odebrał mu wszystkie zapasy żywności, aż do ostatniej okruszyny. Obecnie wybrał się na polowanie, pozostawiając swym więźniom żywność. W każdym razie jedno wydawało się Filipowi pewne, Bram na pewno nie kochał Celii. Gdyby bowiem ją kochał, na pewno nie pozostawiłby jej samej w towarzystwie Filipa, ewentualnego przecież rywala. Bram traktował Celię z całym szacunkiem; a we wzroku jego malowała się jakaś pokorna, bezgraniczna adoracja tej młodej dziewczyny.

Mimo wszystko jednak Filip ostatecznie doszedł do wniosku, że należy przy najbliższej sposobności zabić po prostu Brama, tak jak zabija się dzikie zwierzę, choćby się to Celii nawet nie podobało. Już i tak stracił kilka dogodnych okazji.

Kiedy Celia weszła do izby, zdawało mu się, że zgaduje jego myśli. Nie zdradzając się jednak z niczym, zabrał się w jej obecności do dokładnego, systematycznego zrewidowania całej izby, służącej Bramowi za mieszkanie.

Jestem pewny — monologował głośno — żeś ty to już zrobiła dawno przede mną. Ale taka rewizja jest moim obowiązkiem. Kto wie, może uda mi się odkryć coś, czego ty nie zauważyłaś, a co nam się może bardzo przydać.

W towarzystwie Celii zabrał się więc do skrupulatnej rewizji całej izby. Zaglądał nawet pod podłogę, uchylając niezbyt szczelnie przylegające deski. Poszukiwania te trwały już pół godziny, ale bez widocznego rezultatu. Nagle wydał okrzyk radości. Oto pod jakimś brudnym, zatłuszczonym kocem odkrył schowany rewolwer służbowy. Niestety, rewolwer nie był nabity, a naboi nigdzie nie było.

Należało jeszcze przeszukać małą przylegającą komórkę, w której Bram zwykle spał. Nie znalazł i w niej nic więcej, prócz trzech sideł, splecionych z włosów Celii.

Spoglądał na nie przez chwilę ze wzruszeniem, a potem przykrył je z powrotem skórami niedźwiedzi, mówiąc:

— Nie trzeba ich ruszać... Byłoby niedelikatnością gospodarować w łóżku obcego człowieka...

Po chwili mówił dalej: