Nagle poczuł zimny ciężar na sercu. Od owej chwili, gdy oboje zetknęli się w tej samotnej chacie, gdy losy ich niezwykłym trafem splotły się razem, w sercu Filipa nastały dziwne zmiany. Ogień miłości zapłonął mu w piersi. Upajał się słodką, rozkoszną nadzieją. I oto nagle nadzieja zgasła! Celia na pewno kocha innego!

Wstał i wolnym krokiem podszedł do okna, chcąc ukryć zmieszanie. Spojrzał przez okno i w tej samej niemal chwili zakrzyknął głośno. Wypuścił z rąk ów rysunek, który zabrał ze sobą. Chwycił się kurczowo ramy okna.

— Patrz! — wołał jak nieprzytomny. — Patrzaj, na Boga!

Przez cały czas, kiedy siedzieli oboje przy stole, panowała niezmącona cisza. Nie słyszeli najlżejszego szmeru, ani hałasu. A oto co ujrzeli: ów ogromny wilk, co jeszcze niedawno obgryzał kości, leżał teraz na śniegu, wyciągnięty jak długi, był martwy. Zesztywniał już zupełnie. Z rozchylonego pyska błyskały białe, potężne kły, a poniżej łba widniała kałuża krwi.

Filip nie tyle przeraził się tą nagłą śmiercią wilka, ile widokiem broni, od której zwierzę zginęło. Wilk przeszyty był na wylot czymś w rodzaju lancy.

Poznał od razu ów harpun cienki i długi, ów straszliwy dziryt, jakim posługuje się tylko jeden jedyny szczep w całym Northlandzie: szczep Kogmolloków, zbójców o czarniawych twarzach, żyjących nad brzegami Zatoki Koronacyjnej i Ziemi Wollastona.

— Odsuń się od okna, Celio! — zakrzyknął z trwogą. I czym prędzej odprowadził ją w głąb izby.

Rozdział XIII. Kogmolloki

Kogmolloki! Te straszne, okrutne diabły, o sercu zimniejszym od tych lodów, wśród których żyją! Okrutne, nieubłagane!

— Daruj mi, Celio — mówił Filip — że krzyknąłem tak na ciebie i tak gwałtownie odciągnąłem od okna. Ale nawet na drugim końcu świata poznałbym tę straszną, śmiercionośną broń. Widziałem już nieraz, z jaką łatwością i pewnością rzucają dzirytem na odległość stu jardów. Potrafią walczyć jak prawdziwe diabły. Specjalnością ich jest polowanie na białe kobiety. A coś mi mówi, że oni przyczaili się gdzieś w pobliżu i obserwują nasze okno.