Celia nie rozumiała wprawdzie tego, co do niej mówił, ale wydawała się nie mniej przerażona od Filipa widokiem owego zabitego wilka, przeszytego dzirytem. Podeszła szybko do stołu, pochwyciła jedną z kartek i podała ją Filipowi. Na kartce narysowana była scena jakiejś walki.
— W takim razie — mówił drżącym głosem — oni właśnie ciebie poszukują. Musieli się specjalnie uwziąć na ciebie, skoro aż tutaj się zjawili. Nie słyszałem nigdy, aby ośmielili się zapuszczać tak daleko na południe.
Celia odzyskała już panowanie nad sobą, w jej wzroku malowało się zdecydowanie i odwaga oraz zupełna ufność, że Filip stanie również odważnie w jej obronie. Spodobało się to Filipowi. I on nabrał od razu otuchy.
Nie odwracając się od okna, zaczął mówić przygotowany na to, że lada chwila wpadnie przez nie z brzękiem tłuczonych szyb dziryt.
— Nie ma co, wpadliśmy w ładne tarapaty! Mogę to głośno powiedzieć, nie przerażę cię, bo i tak mnie nie rozumiesz. Uważasz, Celio, są rozmaici Eskimosi. Są między nimi ludzie poczciwi i porządni. Ale plemię Kogmolloków to skończone łotry i bandyci. Gorsi nawet od dzikich czerwonoskórych z wysp Filipińskich; nikt im nie dorówna w nastawianiu pułapek i zasadzek. Założyłbym się też, że Bram nie wróci już żywy z owego polowania, na które się wybrał. Może już w tej chwili leży gdzieś przeszyty ich dzirytem.
Celia uśmiechała się, słuchając tej przemowy. Zrobiła ruch, jakby chciała podejść do okna. Zatrzymał ją, i niemal w tej samej chwili od strony zagrody rozległo się przeraźliwe wycie wilków. Wymownym gestem poprosił ją, by usiadła przy stole, a sam podszedł do okna.
Wilki zbiły się w jedną kupę koło furtki. Co chwila któryś z nich z wściekłym wyciem podskakiwał w górę, rzucając się na grube pale świerkowe, z których zrobione było całe ogrodzenie. W połowie drogi do chaty leżał na śniegu drugi wilk, też martwy. Niewątpliwie Eskimosi schwytali gdzieś Brama w zasadzkę, i byli pewni, że młode dziewczę jest samo w chacie. Ponieważ czuli lęk przed wilkami, postanowili przede wszystkim powybijać je po kolei za pomocą dzirytów.
W pewnej chwili Filip spostrzegł wychylającą się znad ogrodzenia głowę i ramiona. Równocześnie, niby błyskawica, błysnął dziryt, rzucony w grupę wilków. Głowa zniknęła równie błyskawicznie, jak się ukazała.
Filip odwrócił głowę. Celia stała tuż przy nim, i była świadkiem całej sceny. Ujęła go mocno za ramię, tłumiąc krzyk przerażenia, jaki wyrwał się jej z piersi. Pobiegła do swego pokoiku i po chwili wróciła stamtąd, niosąc w ręku jakiś przedmiot, który podała Filipowi.
Był to miniaturowy rewolwer, prawdziwa zabaweczka, z której tylko śmiałby się w innych okolicznościach. Rewolwer ten, kaliber 22, nabity był kulami tak maleńkimi, że ledwie można by z nich zabić wróbla na odległość piętnastu do dwudziestu kroków, o ile naturalnie wróbel prędzej nie uciekłby. Jednak mimo wszystko i taką bronią nie należało pogardzać. Narobi przynajmniej huku, a jeżeli kula nawet nie dosięgnie Eskimosa, on, słysząc wystrzał, przewróci się choćby ze strachu. Wystarczy strzelić parę razy i pokazać się Eskimosom, aby widzieli, że Celia nie jest sama w chacie, że ma obrońcę i to nawet uzbrojonego w broń palną.