Pędząc tak uderzył łebkiem w coś wielkiego, miękkiego, coś, co cofnęło się od uderzenia. Niespodziewane to spotkanie tak zastanowiło Finka, że siadł. Kręcił główką to w jedną, to w drugą stronę. I przyglądał się spod oka olbrzymiemu potworowi, który zastąpił mu drogę. Potoczył się on po podłodze najpierw dość szybko, jakby spłoszony. Później sunął coraz wolniej. Aż wreszcie zatrzymał się w miejscu.

„Aha! Ucieka! Boi się!” — pomyślał Finek.

I skoczył naprzód! Obskakiwał wroga dokoła, a poszczekiwał przy tym groźnie i przypadał do ziemi.

Potwór ani drgnął. Wówczas Finek ostrożniutko wysunął naprzód czarny nosek. Zaciągnął się zapachem raz i drugi.

— Co to może być? — zastanawiał się. — Ze wszystkich stron pachnie jednakowo! A tak dziwnie, że aż w nosie kręci! Nie ma ogona ani głowy! Nie widać też łapek! Zobaczymy, czy to jest gładkie, czy też włochate.

Przysunął nosek tuż do potwora i trącił go lekko. Potwór się cofnął.

— Boi się? Boi! Gonić go! Gonić! — szczeknął Finek i skoczył ku nieznanemu straszydłu.

Bił go łapką! Popychał noskiem! Rzucał się z wrzaskiem na strasznego, a pokonanego przez siebie wroga! Uciekał on zresztą przed Finkiem, aż się kurzyło.

Bo tym wrogiem była piłka Dzidzi.

W pogoni za piłką Finek wpadł za otomanę10. Dostał się w ciemny, długi korytarz pomiędzy tyłem otomany a ścianą. Spacer wzdłuż tego korytarza bardzo mu się podobał. Przebiegł więc kilkakrotnie tam i z powrotem. A nie chcąc wracać poprzednią drogą, przesunął się pod dnem sofy.